wtorek, 3 lutego 2009

Macha chusteczką

Uprzejmie informuję, że poprzednim postem zakończyłem działalność na Blogspot'cie.
Blog tu zostaje, ale nowe wpisy pojawiać się będą tylko na Cruxie. Wordpress mnie nie ogranicza tak, jak Blogger, a ja leniwy jestem i męczyć się nie mam ochoty.

Kreślę się,

Kallipygos

Zwiąż Mnie w Rasko

W poprzednią sobotę, po Milku, wylądowaliśmy w ramach afterparty w nowym Rasko. Nie byłem tam jeszcze i wypadu tam w sobotę nie planowałem, ale towarzystwo było miłe, a do tego pojawiła się sugestia, że będzie jeszcze milsze, więc w sumie czemu nie.
Lokal położony jest w urokliwym miejscu, między malowniczymi warsztatami samochodowymi (ew. dziuplami), zatem zaraz po wyjściu, gdyby okazało się, że Wam koła ukradli, będziecie mogli je po sąsiedzku odkupić. W nocy ulica wygląda cmentarno a drogę wskazuje martwy neon ‘felgi’ przy jednoczesnym braku neonu ‘pedały’ na Rasko. Tak na marginesie, czy ktoś jest mi w stanie wyjaśnić, dlaczego w PL homoknajpa musi znajdować się w rozpadającym się baraku, miejskim szalecie przerobionym na szalet z wyszynkiem, albo jakichś starych budach na obrzeżach miasta, pamiętających powstanie listopadowe?
Na temat nowego Rasko miałem niewiele informacji, a wśród nich na pierwsze miejsce wybijała się ta, jak to im podczas inauguracji zabrakło piwa i obsługa musiała zapierniczać do pobliskiego nocnego po puszkowe. Po prostu fantazja.
Myliłby się jednak ten i nie doceniał obsługi i kierownictwa, kto uważałby, że gorzej już być nie może.
Na początku było OK, tzn. szatnia większa niż w starym Rasko (szukajmy pozytywów). W środku - w I sali - już organizacyjna norma, czyli stoliki ustawione bez jakiejkolwiek myśli przewodniej, chyba, że komuś chodziło o kompletne uniemożliwienie klientom poruszania się po lokalu. Pod ścianą scena a na niej wydzierało się….no właśnie, co to, kurwa, było?! DragQueen?! Czy naprawdę w PL nie da się zobaczyć dobrej drag, tylko wszystkie sztuka w sztukę muszą być obleśnymi, łysymi, tłustymi facetami, którym brzuch przeszkadza w jednoznacznym stwierdzeniu, czy jeszcze mają chuja czy już nie?! Dodatkowo musi taka piękność być obowiązkowo odziana w hiper obcisłe błyszczące brokatowe wdzianko, spocić się jak świnia i wydzierać na całe gardło.
Walory muzyczno estetyczne były zatem tak silne, że postanowiliśmy z G. poratować się piwem. Uderzyliśmy zatem do sali lewej, gdzie szybko zaproponowano nam piwa małe, czyli 0,33, gdyż do dużych - ORKIESTRA! WERBLE! FANFARY! - zabrakło szklanek. Tak, moje dzieci, w pubie zabrakło półlitrowych naczyń, których przeznaczeniem jest bycie wypełnianymi gorzkawym, orzeźwiającym, kilku oktanowym napojem. Trzeba było zatem czekać, aż inni klienci łaskawie wysączą swój napój ( i mieć nadzieję, że nie będą chcieli dolewki), oddadzą szklanki, zostaną one umyte - a w międzyczasie nie przechwycone przez kogoś z obsługi, kto roznosi znajomym piwo poza kolejnością - i po 20 minutach ( a być może już po kwadransie) można było rozkoszować się zamówionym trunkiem. Następnym razem przyjdę z kuflem. Będzie mój własny, a poza tym na tyle ciężki, że będę mógł nim wywrzeć presję na ociągającą się realizacją zamówień obsługę.
Rasko, jak każdy szanujący się - ale nie klienta - lokal, zapewnia oprawę muzyczną. O dragqueen już było. Muzyka natomiast to stare, dobre pedalskie hity, puszczane tak głośno, żeby przypadkiem nie udało Wam się z nikim pogadać. Co z tego, że miejsca do tańczenia prawie nie ma, że na scenie siedzą jakieś cioty - to my! - więc tam też tańczyć się nie da, co tam: puśćmy muzykę tak głośno, żeby nie goście nie słyszeli własnych myśli. Przecież jeśli chcą pogadać, to mogą zostać w domu, a nie przyjść do lokalu. Ilość decybeli sprawia zatem, że trzeba się drzeć rozmówcy do ucha i właśnie tej bliskości zawdzięczam złapanie grypoanginy. Swoisty to paradoks, żeby zarazić się tym od exchłopaka własnego exmałżonka.
Jest Rasko jednak imprezownią gorącą, ale wynika to chyba z awarii sterowania ogrzewaniem, gdyż temperatura wewnątrz nie była w żaden sposób dostosowana do tej na zewnątrz - gorąco było niewyobrażalnie.
Jedynym plusem - poza towarzystwem, ale w tym akurat żadna zasługa Rasko, gdyż mieliśmy swoje - jest salka prawa, w założeniu kameralna do pogadania, z kulturalnymi miejscami do siedzenia.

Tyle o Rasko, bo i tak wyszło za dużo.

Po wyjściu z ww. miejsca, poprzez Dworzec Centralny, dotarliśmy na Pragie do ZwiążMnie. Tam też mnie jeszcze nie było, ale szalenie byłem ciekaw jak wygląda lokal gay friendly w mojej okolicy. Położenie spełnia wysokie normy gejowskiej estetyki - jest to stara kamienica, ale na Pradze o nową kamienicę trudno, więc nic nie poradzimy. Na dole miłe dziewczę poczęstowało nas hot dogami: 5 złotych sztuka a i tak gardło sobie podrzynam - takimi, od jakich rosną włosy na piersiach, wieprzowina dokładnie ogolona przez zmieleniem.
Sam lokal jest mniejszy niż Rasko, ale:
- towarzystwo miłe, zróżnicowane płciowo i orientacyjnie
- temperatura jest dostosowana, jest po prostu normalnie
- jest sala, w której można normalnie pogadać
- jest sala, gdzie ta się potańczyć bez ryzyka, że zdepcze się tych, którzy potańczyć nie chcą
- ochrona wprawdzie w typie troglodytów, cicha, nie narzucająca się, ale jednocześnie na tyle widoczna i uważająca, że nie ma ryzyka, że dojdzie do draki.
- ceny te same, co w Rasko, z tym, że wjazd jest płatny.
- nie brakuje szklanek

W sumie ZwiążMnie robi lepsze wrażenie, ale przecież muszą być też takie miejsca, jak Rasko, żeby było się na czym wyżyć i wylać nadmiar jadu nagromadzony w ciągu ciężkiego tygodnia.

poniedziałek, 2 lutego 2009

Serwus, Madonna!

Są na tym łez padole grupy ludzi, na które zawsze można liczyć, gdy człowiekowi jest smutno, lub gdy nie ma tematów na notkę. Dzięki nim uśmiech może w każdej chwili zagościć na Waszych twarzach, a ich działania dostarczą Wam wielu wdzięcznych tematów do blogowej grafomanii. Jedną z ww. grup stanowią Prawdziwi Polacy (TM) (=katolicy). Ich przygody, kłopoty i działalność potrafią urozmaicić każdy, najbardziej nawet nudny sezon ogórkowy. Najnowszym problemem - a problemy PP są zawsze ważkie - jest Madonna, a konkretnie jej koncert 15 sierpnia.
Data niby nieszczególna, ale - jak sugeruje w demaskatorskim artykule - p. Sankowski z Wyborczej, wybrana nieprzypadkowo.

Traf chciał, że 15 sierpnia (choć tak naprawdę 16) roku dwudziestego udało się Polakom pogonić Moskala. Jednak Polacy, którzy jako naród sami bez niczyjej pomocy nigdy do niczego nie doszli, zaraz po pogonieniu najeźdźcy stanęli i zaczęli się zastanawiać “Jak to? To my tak sami żeśmy ruskich załatwili? Bez wsparcia? Bez pomocy? To nikt nam w sukurs nie przyszedł a nam się udało?” Kłóciło się to z wyznawanym przez Polaków porządkiem świata, więc szybko doszli do wniosku, że to był cud, gdyż Matka Boska pomogła dzielnej polskiej armii (tak dzielnej, że nie poradziłaby sobie bez pomocy sił nadprzyrodzonych). Była to bez wątpienia prawda: Matka Boska Zielna sprawiła, że radzieccy dowódcy chodzi zjarani; Matka Boska Karmiąca odcięła Armii Konnej Budionnego aprowizację; Matka Boska Gromniczna spowodowała oberwanie chmury nad stanowiskami artylerii (działa grzęzły po osie) a Najświetsza Maria Panna była całym zamieszaniem tak Wniebowzięta, że w uniesieniu przeprowadziła udany manewr znad Wieprza, zwinęła ruskim flankę i zmusiła drani do odwrotu. Na pamiątkę tego faktu 15 sierpnia obchodzony jest Dzień Wojska Polskiego (Któremu-Pomagają-Bogowie).

Tego samego dnia katolicy, a więc także Prawdziwi Polacy (TM), obchodzą święto Matki Boskiej Zielnej. Święto to zostało ustanowione na pamiątkę Matki Boskiej jako Boginii Płodności i Urodzaju. Wtedy - teoretycznie - kończą się żniwa i od zamierzchłych czasów lud pogański dziękował wtedy swoim bogom za plony. Jak wiadomo, największa z monoteistycznych religii nigdy nie miała problemów z pogańskimi świetami, można rzecz, że się nimi wręcz żywi, a i Matek Boskich takie jest zatrzęsienie, że i dla Zielnej jeden dzień w roku udało się udało się zorganizować.

Z tych to właśnie ww. powodów redaktor Sankowski uważa, że może dojść do skandalu. Jak to bowiem możliwe, żeby taka satanistyczna małpa a na dodatek pedalska ikona profanowała święty dzień w papieskim mieście Warszawie na katolickim lotnisku na Bemowie. Przyznam się Wam, że już oczyma duszy widzę Madonnę, jak wraca zmęczona z palenia Koranów i profanowania świętych krów w hinduskiej dzielnicy, siada z litrowym pudłem lodów o smaku ekskomuniki, bierze do ręki kalendarz “święta polskie” i zaczyna go wertować w celu znalezienia takiego dnia na koncert, żeby Polaków pognębić.

Problem jest tylko taki, że poza tropiącym Sankowskim nikt tego skandalu jakoś nie wyczuwa. Ot, odezwało się kilku kretynów na Onecie, ale to akurat norma. Poza tym - nic. Ich Dziennik nic nie wymyślił, w Dzienniku tylko wzmianka o koncercie, na Onecie też bez ekscesów - cisza, jednym słowem.
Ja sobie zdaję sprawę, że prasa lubi emocje a nic tak nie podgrzewa emocji, jak konflikt światopoglądowy, ale radzę poleżeć krzyżem i poczekać, aż konflikt się pojawi. Chyba, że to właśnie p. Sankowskiemu Madonna 15 sierpnia przeszkadza, ale jeśli tak, to radzę wzorem Marka Jurka (lud odwrotnie) pomodlić się o deszcz: jeśli będzie dobra ulewa, to może koncert odwołają, a jeśli nie odwołają, to może się tam wszyscy potopią (jak koty).

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Obywatel Milk

Na Cruxie zamieściłem moje wrażenia z filmu Obywatel Milk. Nie zamieszczam ich tu, gdyz na nie umiem tutaj notki zahasłować. Tu wyjaśniam, dlaczego notka jest zahasłowana, a tu zapraszam, jeśli ktoś się chce z jej treścią zapoznać.

piątek, 23 stycznia 2009

Spóźniony wierszyk

Wczoraj miał miejsce drobny epizod w stylu ‘ropucha i 40 żabek’, gdyż wieszałem firanki. Dziś, w ramach dalszego męsko-damskiego podziału pracy zbierałem się właśnie do mycia łazienki - gdyż mężczyzna (to ja!) w domu a kobieta (Rhabdo) w pracy - ale, żeby tę upragnioną chwilę trochę odwlec, zacząłem sprawdzać, co też Bart ma naćkane na swoim blogu w zakładkach.
Trafiłem na bloga De Bergeraca, na którym znalazłem generator wierszyków wigilijnych. Nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził, co też uda mu się dla mnie stworzyć; jedyny problem miałem z nickiem. Na chrzcie nie dano mi co prawda Archeopteryks (o problemach osób z imieniem tego typu autor wspomina), ale Kallipygos był za długi (widocznie moje pygai są za obszerne), więc musiałem posiłkować się ksywą z PWGay. Jako kontekst środowiskowy wybrałem ‘jesteś socjopatą, jak my wszyscy’ i uzyskałem następujący wierszyk:

Okna błyszczą, każdy łazi radosny,
tomik wierszy, sznaps i fiolka bromu.
Świąt Wesołych, choinki jak sosny
nie pożyczę no bo nie mam komu…

:D A teraz już udam się do łazienki.

czwartek, 22 stycznia 2009

Une école

Dziś w tramwaju. Jadę sobie nikomu nie wadząc. Wsiada gromada dzieci w wieku mocno szkolnym. Pech chciał, że podzbiór gromadki udasowił się za mną i, pomimo słuchawek, słyszałem rozmowę czyichś pociech. Dzieci o dziwo nie używały - jeszcze - wulgaryzmów, ale moje uszy zostały zgwałcone serią zdanżam, weszłem, wziąść, przyniesłem, poszłem, wzięłem, etc.
Zacząłem się zastanawiać, do jakiego wieku w PL trzeba się uczyć.
Otóż ustawa o systemie oświaty odróżnia obowiązek szkolny od obowiązku nauki (nie wiedziałem). I tak:
- Obowiązek szkolny dziecka rozpoczyna się z początkiem roku szkolnego w tym roku kalendarzowym, w którym dziecko kończy 7 lat oraz trwa do ukończenia gimnazjum, nie dłużej jednak niż do ukończenia 18 roku życia. (Rozdz. 2, art. 15, pkt. 2)
- Obowiązek szkolny spełnia się przez uczęszczanie do szkoły podstawowej i gimnazjum, publicznych albo niepublicznych. (Rozdz. 2, art. 16, pkt. 5)
- Po ukończeniu gimnazjum obowiązek nauki spełnia się:
1) przez uczęszczanie do publicznej lub niepublicznej szkoły ponadgimnazjalnej;
2) przez uczęszczanie na zajęcia realizowane w formach pozaszkolnych w placówkach publicznych i niepublicznych posiadających akredytację, o której mowa w art. 68b;
3) przez uczęszczanie na zajęcia realizowane w ramach działalności oświatowej prowadzonej przez osoby prawne lub fizyczne na podstawie art. 83a ust. 2, dla której osoby te uzyskały akredytację, o której mowa w art. 68b;
4) przez realizowanie, zgodnie z odrębnymi przepisami, przygotowania zawodowego u pracodawcy. (Rozdz. 2, art. 16, pkt. 5a)

Nie jestem pewny, co ja na ten temat myślę.
Z jednej strony wypadałoby, żeby obywatele coś jednak sobą reprezentowali, tzn. mówili płynnie i ładnie w języku ojczystym; porozumiewali się w języku obcym; byli kulturalni, mili; mieli swoje pasje, szerokie zainteresowania, studiowali za granicą, itp.

Z drugiej strony, biorąc pod uwagę ogólne schamienie społeczeństwa, szacunek i powagę, jakimi cieszy się zawód nauczyciela nasuwa się myśl, że może wypadałoby ograniczyć przymus szkolny do niezbędnego minimum. Czy nie wystarczyłoby, żeby obywatel był w stanie poprawnie się wysłowić, sformułować zdanie np. złożone; znał polszczyznę na tyle, żeby nie pakował wszędzie przecinka i zrozumiał, co mówi do niego osoba lepiej wykształcona, o ile nie używa słów dłuższych niż czterosylabowe; opanował tabliczkę mnożenia w zakresie 100; był zdolny do normalnego funkcjonowania w grupie ludzkiej (zwanej dalej społeczeństwem), tzn. pojął, że to nieładnie załatwiać swe naturalne potrzeby w bramie, wydzierać się na ulicy; zrozumiał, że zwykłe ‘dzień dobry’, ‘do widzenia’ pozytywnie wpływa na relacje międzyludzkie a sąsiada nie trzeba sztyletować, żeby wejść w posiadanie solniczki, bo można pożyczyć (solniczkę, nie sąsiada). Żeby po prostu nie przynosił wstydu rasie ludzkiej.

Obecnie, jeśli ktoś chce się uczyć, to będzie się uczył bez przymusu. Jeśli ktoś nie chce, to i przymus nie pomoże. Może zatem lepiej byłoby zakończyć obowiązek szkolny na gimnazjum? Ustawodawca i tak wykazał się przewidywaniem, gdyż umożliwił naukę w gimnazjum do 18 roku życia.
Nie widzę powodu, dla którego ktokolwiek - a zwłaszcza ja - miałby się za 1200 PLN użerać z 30to osobową grupą, w której 20 osób ma go w głębokim poważaniu, skoro mógłby pracować z dziesięcioma osobami, ale za to zainteresowanymi tym, co ma im do przekazania.

Chęć nauki w liceum pozostawiłbym już w gestii potencjalnego ucznia lub jego rodziców. Jasna sprawa, wypadałoby wtedy wprowadzić w liceach pewne reguły uniwersyteckie, np. jeśli uczeń wagaruje, nie zalicza przedmiotów, jest aspołeczny, to wylatuje na pysk, tak, jak obecnie student z uczelni. Nie byłoby cudownego wyciągania ocen takiemu delikwentowi, jakiś tam niepotrzebnych ocen ze sprawowania. Uczy się, jest miły - zostaje. Nie, to proszę zabierać dziecko i uczyć je w domu, jeśli wola.
Można się spodziewać, że takie postępowanie pchnęłoby wszystkich niezadowolonych do szkół prywatnych, gdzie za godziwą opłatą mogliby uzyskać maturę. Czysty zysk: nowe miejsca pracy dla nauczycieli - co najważniejsze, szkoły same ustalają czesne, więc mogłyby doić klientów według uznania. W szkołach publicznych pozostaliby natomiast tylko Ci, którzy uczyć się rzeczywiście chcą, co odciążyłoby nauczycieli; pracowaliby w miłej atmosferze, ich liczba by spadła, a co za tym idzie, być może wzrosłyby pensje.
Oczywiście możnaby zachęcać młodzież do dalszej nauki wskazując pozytywne aspekty bycia osobą wykształconą. Pomijam takie oczywistości, jak lepiej platna, ciekawsza praca, ale czyż aż się nie prosi, żeby wprowadzić cenzus wykształcenia w życie polityczne? Np. czynne prawo wyborcze dla osób z co najmniej maturą; bierne dla co najmniej magistrów. Funkcja ministerialna wyłącznie dla co najmniej doktora nauk z danej dziedziny.
Niby dlaczego głos, nie przymierzając, mój ma mieć takie samo znaczenie, jak głos dresiarza po 3 klasach podstawówki, a znowu dlaczego głos np. Leszka Balcerowicza czy Marka Safjana ma mieć taką samą wagę, jak mój?
Rzecz jasna, nie uwolniłoby nas to od chamstwa i głupoty (np. profesor Giertych), ale znacznie zagęściłoby sito, przez które taka Samoobrona już by się nie przecisnęła.

Zdaję sobie sprawę, że mój wpis jest cukierkowy, nie sięga sedna problemu, w ogóle nie skupia się na potencjalnych negatywach takiego rozwiązania, tylko zajmuje się tym, co mnie irytuje. Trudno, nigdzie nie deklarowałem, że mam zamiar uzdrowić polską oświatę. Niemniej, chciałbym zobaczyć, czy taki system by się sprawdził, a przynajmniej, przygotowawszy wcześniej różne smakołyki, piwo i wygodny fotel, być świadkiem dyskusji o jego wprowadzaniu.

Na koniec, w charakterze wisienki na torcie, artykuł o wynikach próbnej matury.

środa, 21 stycznia 2009

Notka dzisiejsza

Obrazek (=bez związku)

Poszedł. I nie ma go.

wtorek, 20 stycznia 2009

Ha!

Lieve lezers,

ik wil jullie graag op de hoogte brengen, dat mijn leerling, zogenoemd Stworzenie, voor Latijn is geslaagd. Ik weet het niet welk cijfer hij daarvoor heeft, maar op dit moment is het helemaal onbelangrijk. Weer een gelukkig en tevreden persoon, die aan Latijn positieve herinneringen zal hebben.

Plaudite, cives!

środa, 14 stycznia 2009

Woensdagavond

Życie? - - -
Rozprężę szeroko ramiona,
nabiorę w płuca porannego wiewu,
W ziemię się skłonię błękitnemu niebu
I krzyknę, radośnie krzyknę:
- Jakie to szczęście, że krew jest czerwona!

Wyszedłem z IvKF. Dalej, na Krakowskim, na wysokości hotelu Bristol moją uwagę przyciągnęły dwie idące z przodu postaci. Sam nie wiem, czemu w pewnym momencie złapałem się na tym, że usilnie im się przyglądam, coraz bardziej ignorując mojego rozmówcę, który na szczęście miał skłonność do słowotoku. Osoba lewa była mężczyzną, prawa - nie byłem pewny, strój mógł sugerować dziewczynę, mógł delikatnego chłopaka. Szły przede mną (nami, lecz w tym momencie nie zwracałem już uwagi na mojego towarzysza) nieśpiesznym krokiem. Bez włączania migaczy, zmniejszając prędkość przy jednoczesnym wydłużeniu kroków, rozpocząłem manewr wyprzedzania. Mijaliśmy ich i moim oczom ukazało się dwóch chłopaków; dwie słodkie dwudziestki (choć nie założę się, że już tyle mieli), trzymające się za ręce, wpatrzone w siebie i zatopione w rozmowie. Wyprzedziliśmy ich, kątem oka widziałem jeszcze, jak skręcają w Miodową.
Było to parę godzin temu a mimo to, uśmiech wciąż mnie nie opuszcza, gdy o tym pomyślę. Niby nic wielkiego, dwóch młodych, bliskich sobie chłopaków, złączone ręce i rozumiejące się spojrzenia. Coś wspaniałego.
A gdy pomyślę o tych wszystkich mężczyznach bojących/wstydzących się dotknąć swego chłopaka na ulicy, nieafiszujących się….zresztą….po chuj o nich myśleć?
Kurczę, nie sądziłem, że bycie świadkiem chwili cudzego szczęścia wprawi mnie w tak fantastyczny nastrój*….

*oczywyście istnieje możliwość, że zwiększono mi dawki te środka, co to mi dosypują do wody.

wtorek, 13 stycznia 2009

Homo ontslagen door hotel

W Brentwood, Tennessee mężczyzna został zwolniony z pracy, gdyż jest homo. David Hill pracował w dziale HR hotelu Artee w Brentwood do momentu, kiedy jego szef dowiedział się, że woli mężczyzn.

Hill został bez pardonu zwolniony i jego szef nie uważa za stosowne przepraszać. Jak się wyraził: “Nie interesuje mnie to, jak dla mnie może mnie pozwać. Nie zgadzam się, żeby homoseksualiści pracowali na stanowiskach managerskich w moim hotelu.

Potwierdzenie

Assistent-manager tego hotelu potwierdził tę wypowiedź: “Właściciel, pan Surti, wychował się w kulturze, która nie toleruje homoseksualistów. Uważa więc za konieczne, żeby David tu dłużej nie pracował”.

Orientacja seksualna

Reporter zapytał kolegę Hilla, czy chodziło tylko i wyłącznie o orientantację seksualną. “Można tak sądzić. Jednakże ja nie zgadzam się z jego decyzją. Nikt nie powinien być dyskryminowany ze względu na orientację, płeć, pochodzenie, etc”.

David Hill przedsięwziął kroki prawne i wniósł oskarżenie przed Komisją Równych Praw Pracy.

Źródło: www.gay.nl

No proszę, a w hotelu, w którym miałem przyjemność/możliwość pracować w Niderlandach - nie jakaś nora na 4 łóżka, tylko znana, międzynarodowa, 5cio gwiazdkowa firma - nie było oddziału, w którym nie pracowałby gej, o którym reszta pracowników by nie wiedziała. Nie wiem, ile procent załogi stanowiły homiki, ale znaaaacznie więcej, niż wynosi średnia w społeczeństwie. Byliśmy wszędzie, na różnych stanowiskach, a macki naszej tajnej organizaji sięgały samego kierownictwa….

Komentarze pod tekstem też są zacne:

patrickje1988 schreef op: vandaag, om 14:29
in de horeca werken toch de meeste homo’s

W ‘hotelarstwie’ pracuje najwięcej gejów.

Naadya schreef op: vandaag, om 14:38
Als ze nog geen kapper, stylist of visagist zijn zeker.
God, wat hou ik toch van stereotypen.

Tak, jasne.
Jeśli tylko nie są fryzjerami, stylistami i wizażystami.
Boże, jak ja się jednak trzymam stereotypów.

Manias schreef op: vandaag, om 14:55
Je kan het wel niet leuk vinden, maar die baan-stereotypen kloppen vaak wel
(je vergat de H&M)

Może Ci się to nie podobać, ale stereotypowe zawody często pasują ;)
(zapomniałaś o H&M)

I tak dalej….

In Brentwood, Tennessee is een man ontslagen omdat hij homo is. David Hill werkte op de human resources afdeling van het Artee Hotel in Brentwood tot zijn baas erachter kwam dat hij van mannen houdt.

Hill werd zonder pardon ontslagen en zijn baas vond het niet nodig om een excuus te verzinnen. Hij zei letterlijk: “Het kan me niets schelen, van mij mogen ze me aanklagen. Ik weiger om homo’s in leidinggevende functies te hebben in mijn hotel.”

Bevestiging

Nu heeft ook de assistent-manager van het hotel dit verhaal bevestigd. “De eigenaar, dhr. Surti. komt uit een cultuur die niet tolerant is jegens de homogemeenschap. Hij vond het dus nodig dat David Hill hier niet meer zou werken.”

Seksuele voorkeur

De interviewer vroeg de ex-collega van Hill of het puur en alleen om seksuele voorkeur ging. “Dat zou je kunnen stellen, ja. Ik ben het echter niet eens met zijn beslissing. Niemand zou gediscrimineerd moeten worden op basis van zijn seksuele voorkeur, geslacht, afkomst of wat dan ook.”

David Hill heeft nu juridische stappen gezet en een klacht ingedient bij de Commissie voor Gelijke Arbeidsrechten.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Just a happy bunny

Według "Drugiego Zwoju Wena Wiecznie Zaskoczonego", Wen wyszedł z jaskini, gdzie doznał oświecenia, w światło pierwszego dnia reszty swojego życia. Przez pewien czas spoglądał na wschodzące słońce, albowiem nigdy go jeszcze nie widział.

Od paru dni tak właśnie mam. Każdy jest nowy, każdy niesie ze sobą coś nowego i chociaż nie są cukierkowe, to podchodzę do nich tak spokojnie, że zaczynam podejrzewać, że ktoś mi dosypuje czegoś do wody.

Weźmy wczoraj.
Obudziłem się w mieszkaniu rodziców (co akurat nie jest aż tak dziwne, gdyż właśnie tam zasnąłem). Wypluskałem się. Zjadłem. Siedziałem u nich zadowolony do 13 z jakimś tam okładem. Od 15 byłem w BUWie ze Stworzeniem i łaciną. Stworzenie wytrzymało z łaciną 3 godziny a ze mną cztery (nie wiem, co gorsze) i choć pod koniec było już lekko padnięte, to stwierdziło, że rozumie więcej. Jeśli tak jest faktycznie, to jestem heel tevreden. Potem wylądowałem w kawiarni z Darquiem i, choć zaczynała mi się już migrena, to jednak w miarę przytomnie (z mojej strony) pogadaliśmy o otaczającym nas świecie; celibacie, który dopadł jednego z nas; wymaganiach; o tym, jacy mężczyźni są potworni, różnicy wieku, etc. Nawet narastający ból głowy traktowałem tak samo, jak brat Soto swoje włosy, czyli jako oddzielną istotę, która przypadkiem żyje na jego głowie*. Potem był wspólny spacerek a na koniec wylądowałem w tramwaju. Na kilku oszołomów wrzeszczących o swoim ulubionym klubie piłkarskim patrzyłem bezpieczny po drugiej stronie przepaści intelektualnej, która nas dzieliła. Nawet, gdy kilku roślejszych panów zaczęło się z nimi przekomarzać twierdząc, że nie każdy chce ich wrzasków słuchać, jedyna myśl na jaką mój mózg się zdobył to ta, że wojna jest higieną cywilizacji (a że z wojnami ostatnio u nas krucho, więc cywilizacja musi sobie radzić sama). Zaczęli się lać, ale niestety/stety obyło się bez ofiar.
Dotarłem do domu, Rhabdo zapodała mi dwa prochy na głowę, które w połączeniu z treścią maila, którego w skrzynce znalazłem, zadziałały tak, że kładłem się spać zadowolony z życia.

Weźmy początek dzisiaj.
Budzik zadzwonił o 5.45. Zrobiłem mu snooze i leżałem w błogim półśnie. Wiedziałem, że muszę wstać, ale rozkoszowałem się każdą chwilą, którą jeszcze wyrywam. Do pełni szczęścia brakowało tylko jego. Zrobiłem snooze drugi raz i po 10 minutach wstałem zadowolony. Pojechałem na UW. Okazało się, że zajęcia odwołane. W ogóle nie poruszony złośliwością prowadzącej odwołującej wyszedłem; na ulicy wpadłem na Lisa, a raczej zostałem przez Lisa schwytany. Potem pomaszerowałem do Zamkowego, gdzie zapakowałem się do tramwaju i wylądowałem w domu. Happy.

Naprawdę, coś jest inaczej i nie wiem co. I nie wiem, jak długo mi się to utrzyma.

Miłego dnia.

*gdy wygłosił tę tezę, bardzo szybko wysłano go na placówkę terenową.

piątek, 9 stycznia 2009

The Shaw must go on

Dziś. Stoję na stacji metra Centrum. Peron w kierunku Kabat, sam kraniec od strony Alej. Czekam na Stworzenie, któremu mam pomagać w łacinie i dla zabicia czasu gapię się na ekrany informacyjne. Przeleciał zestaw newsów dotyczących m.in. Britnej Spirs i nagle na ekranie pojawia się aforyzm dnia: Znawcy kobiet rzadko bywają skłonni do optymizmu - George Bernard SHOW*. Tak, moi drodzy, taki szoł przez ‘o’. Coś takiego powinno być karane według obyczaju przodków.

*Jeśli ktoś jednak znajdzie choćby cień źródła, że George Bernard pisał się przez ‘o’, to ja tę notkę z przyjemnością odszczekam.

czwartek, 8 stycznia 2009

Ot, taki jeden blogas

Dość długo korzystałem z portalu GW w celach informacyjnych. Jakiś czas temu jednak Oliveira zwrócił moją uwagę na tematy z forów, jakie są wyrzucane na stronę główną i w ten sposób narodził się blogas o problemach heteroseksualistów. Od czasu do czasu na pierwszą stronę trafiają różnego rodzaju blogi, które z takich, czy innych względów GW uznała za warte wypromowania. Wczoraj pojawił się tam wpis Pasjonatki Sportu pod jakże wdzięcznym tytułem Przystojniacy vs brzydale. A wygrywają prawdziwi kibice! Zapraszam (pisownia, rzecz jasna, oryginalna, gdyż gdybym ją wygładził, to niewiele by z tekstu zostało):

Znalazłam w sieci artykuł w którym przystojni piłkarze są konfrontowani z brzydkimi (?). Tekst ukazał się na dość poważnym portalu o piłce nożnej. Postanowiłam nad tematem przystanąć. Dlaczego? Ano dlatego, że już tyle razy w swoim życiu słyszałam, że oglądając mecz nie śledzę ich przebiegu, a spoconych piłkarzy.

Ledwie zaczęliśmy a już widać, że autorka nie jest pasjonatką polszczyzny: ‘oglądając mecz nie śledzę ich przebiegu a spoconych piłkarzy’. Moja droga, zaimek powinien zgadzać się pod względem liczby i rodzaju z rzeczownikiem. Jeśli uzyskanie takiej konstrukcji jest za trudne, proponuję powtarzać rzeczownik - nie będzie może ładnie stylistycznie, ale poprawnie.

Teraz więc kilka zdań wyjaśnień. Wszak tutaj na blogu o dziwo nikt mi jeszcze tego nie zarzuciła.

Jedziemy dalej: ‘nikt mi tego jeszcze nie zarzuciła’. Tu mamy albo przejaw daleko posuniętej zabawy słownej i przekornej feminizacji języka - ‘nikt’ w rodzaju żeńskim - albo kolejnego byka gramatycznego. Obstawiam to drugie.

W życiu prywatnym stało się to jednak normą. A więc panowie czytajcie uważnie!

Kibicem jestem wieloletnim.

Czyli jednak był to byk a feminizację języka szlag trafił, gdyż autorka ma zaburzenia płci (lub już ją zmieniła) i została kibicem. Takim męskim, żłopiącym piwo, spoconym, wąsatym gościem. W żadnym razie nie ciotą.

Moje notki mam nadzieję pokazują, że każdą sprawę znam dość dokładnie.

Nie będę sprawdzał, bo się boję. Nie zalewu informacji, ale stylu i gramatyki jakimi autorka się posługuje. Dość mi jednej notki, ale, jeśli komuś wola, do dzieła. Tak na marginesie, tekstu ‘każdą sprawę znam dość dokładnie’ spodziewałbym się na blogu prawnika.

Często potrafię się pokłócić z kimś kto opowiada kompletne bzdury o sporcie. Wiadomo jestem kobietą.

Nie wiadomo, ale tak samo, jak w przypadku poprzednich notek, tak i tu boję się sprawdzić. Jacyś/jakieś chętne?

A skoro kobieta, to nie ma prawa interesować się futbolem z pasji, ale tylko i wyłącznie z zamiłowania do wyglądu fizycznego zawodników, sportowców.

Ależ ma prawo. Ja nie bronię.

Ja zdaję sobie sprawę, że jest wiele takich dziewczyn/ kobiet, które tak przedmiotowo traktują sport. Przykład? Portal “ciacha. net”. Hit Internetu. Nastolatki zachwycają się Wlazłym, bądź sikają na widok Phelpsa. Ojjjj… coś co kompletnie do mnie nie trafia. Raczej budzi poczucie, że trzeba zerwać ze stereotypem.

Za portalem ciacha też nie przepadam, ale zastanawiam się, co gorsze: ów portal, czy też sposób, w jaki autorka zrywa ze stereotypami.

Drodzy panowie fakt jest taki, że rozrasta się w Polsce coraz szersze i gęstsze grono prawdziwych pasjonatek sportu, do których ja mam nadzieję się zaliczać. Stąd też mój nick.

Dobrze, że wyjaśniła, bo dwa dni się zastanawiałem i nie wymyśliłem, skąd jej nick. Panowie, a wiecie, skąd mój nick?

Mam nadzieję, że coraz bardziej rozpoznawalny i kojarzony z czysto merytorycznym podejściem do sportu.

Z rozpoznawalnością jest nieźle (a jeszcze kilka takich notek i będzie jeszcze lepiej), z całą resztą - zobaczymy.

Wciąż jednak, gdy na pytanie o hobby odpowiadam: kibicowanie. Widzę, szczególnie w oczach mężczyzn szok, zdziwienie, nie dowierzanie.

Gdybym zamiast monitora miał tu lustro, to we własnych oczach zobaczyłbym szok, zdziwienie, niedowierzanie, że można to napisać osobno. Być może autorka jest w stanie przedstawić zaświadczenie, że cierpi na dysortografię, dysleksję, dysgrafię oraz dyskotekę, ja jednak jestem taki wredny, bo złośliwość jest objawem ‘nie dorżnięcia’.

By na końcu rozmowy zauważyć, że osoba która trafiła na mnie, choć z początku zdawała się kibicem dobrze poinformowanym tak naprawdę nie wiele wie.Trudno takie życie…

Dość często mam tak, że osoby, na których bloga trafiam, niewiele wiedzą o ortografii. Trudno takie życie…

Pewnie oglądasz mecze, bo ci się C. Ronaldo podoba”. Tu koniec cytatu. To zdanie, które usłyszałam już parę razy wzbudza we mnie salwę śmiechu. Pan Ronaldo żeby mi się mógł podobać musiałby jeszcze wyglądać jak facet, a nie ciota.

Tu widzimy, jak autorce świetnie wychodzi walka ze stereotypami. Jeśli ktoś jest po solarce, jest użelowany, to musi być ciotą. Idąc tym cudownym demaskatorskim tokiem myślowym dochodzimy do wniosku, że każda kobieta, która się dobrze ubierze, umaluje musi być jeśli nie kurwą, to przynajmniej prowokatorką, której nie da się zgwałcić bo przecież ’sama tego chciała”. Nie dotyczy to rzecz jasna lesbijek, które, podążając za obalonymi przez autorkę stereotypami, muszą być zwaliste, wąsate i ryczeć basem oraz samej autorki, która nie wychodzi na ulicę inaczej, jak z kołtunem we włosach, brudna i ubrana w zgrzebne giezło. Nigdy nie sądziłem, że zostanę partyzantem C. Ronaldo, a tu proszę. Wot, paradoks.

Dobra dygresję i uszczypliwość zostawię na bok.

Czuję się uspokojony. Naprawdę.

Przytoczone zdanie jawi mi się jako absolutna płytkość mężczyzny, które je wypowiada.

To współczuję autorce mężczyzn, z którymi miała przyjemność.
Nie wiem, jak jest z mózgiem autorki, ale mój pozwala mi oglądać mecz rozkoszując się w tym samym momencie grą piłkarzy oraz wyglądem niektórych z nich (tu muszę się z autorką zgodzić - niech mi bogowie wybaczą - że Ronaldo nie jest w moim typie). Nie zawieszam się z powodu przeciążenia systemu. Naprawdę daję radę.

Mnóstwo kobiet gra w futbol, ogląda futbol, kocha futbol. Całe rzesze za emocje, a nie wyimaginowane postacie z murawy.

Wyimaginowane postacie?! O rany, a ja tyle lat myślałem, że oni naprawdę tam po tej murawie biegają….

(..)

Dyskusja pomiędzy facetami, który piłkarz jest brzydszy, a który mniej zdaje mi się więc samobójem. Tym bardziej, że wspomniany artykuł pojawił się na portalu futbol.pl. Tym bardziej, że czytają go głównie panowie.

E, kochana, bez przesady. Czytają go też cioty - choć ja akurat nie - które lubią się pozachwycać różnymi typami mężczyzn.

Tym bardziej, że to Wy zawsze chcecie uchodzić za tych dla których wygląd w piłce znaczenia nie ma.

Ależ ma! Żebyś jeszcze wiedziała jakie. Jeśli będę miał do wyboru oglądać piłkarzy dobrych i ślicznych lub tylko dobrych, to wybiorę tych pierwszych. Niemniej, sport oglądam dla sportu, a jeśli potrzebuję ładnych mężczyzn, to znajdę ich sobie w internecie i zapewniam Cię, że nie będą się bezproduktywnie uganiać za skórzaną kulą.

Ja na ten artykuł i w ogóle na takie sondy odpowiadam zawsze tak samo. Gdybym miała do wyboru randkę z C. Ronaldo, lub Waynem Rooney-em wybrałabym tego drugiego.

A ja postawiony przed takim wyborem, wolałbym posiedzieć na krześle. Sam.

Futbolista może wyglądać jak Quasimodo byle był piłkarzem najwyższej klasy.

Nie może, gdyż zakłócałby moje poczucie estetyki. Gdyby tam grała ‘jedenastka’ Jarosławów Kaczyńskich z ‘jedenastką’ Lechów Kaczyńskich, to niech mnie demony, ale nie byłbym w stanie tego oglądać, nawet jeśli byłoby to 22 najlepszych piłkarzy w historii.

Byle był kimś, kto nieustannie mnie zachwyca na boisku. Co z tego, że Żurawski jest przystojny jak nigdy nie był piłkarzem pokroju tych najlepszych. Wolałabym żeby był brzydszy, ale Celtic był dla niego tylko przystankiem w karierze do dalszych sukcesów, a nie końcem wszystkiego.

Zgodzę się z tym, że ‘też bym wolał’ ale nie z tym, że ‘Żurawski jest przystojny’. On jest po prostu ładniejszy od większości polskich piłkarzy.

Frank Ribery zanim stracił piekną twarz uległ wypadkowi.

To mój faworyt. Ribery miał wypadek w wielu lat dwóch (info z Wikipedii). Trudno zatem zakładać - nawet, jeśli był ślicznym pulchniutkim cherubinkiem - że w przyszłości będzie śliczny. Dodatkowo samo zdanie jest świetne, gdyż on najpierw tę piękną twarz stracił (autorka nie wyjaśnia jak - na szczęście), a potem, gdyby mu coś z tej pięknej twarzy zostało, uległ wypadkowi. Miał chłop pecha.

Na ME 2008 grał tak ofiarnie, że musieli go znosić z boiska z ciężką kontuzją. Wartością bezcenną w karierze każdego piłkarza nie jest to ile żelu wciera we włosy zanim pojawi się na murawie, a to ile serca wkłada w każdy ruch na boisku. Banalne wnioski, ale jakże często przynajmniej niektórzy o tym zapominają. Dlatego uważam, że warto było to napisać. Dla przypomnienia i zapamiętania. Na zawsze!

Zgodzę się z myślą powyższą, a nawet z tym, że warto było to napisać. Było! Nie miałem pomysłu na notkę i musiałbym znów napisać jaki jestem śliczny i nieprzeciętny, więc jestem bardzo wdzięczny za dostarczenie mi materiału na kolejny wpis.
Życzę zdrowia i zwycięskich zmagań z gramatyką.

sobota, 3 stycznia 2009

Pogodynka

Macie czasami tak, że wydaje Wam się, że jesteście jedynymi normalnymi? Ja tak mam prawie zawsze, gdy docierają do mnie informacje z PL, lub gdy słyszę np. subtelne i głębokie rozmowy moich rodaków w komunikacji miejskiej.
Było kilka lat temu, w zimie. Jechałem 102jką do IFK. Autobus był starym rzęchem, który koło systemu grzewczego nigdy nawet nie stał, więc temperatura w środku była nader orzeźwiająca. Okutany w płaszcz siedziałem wciśnięty między ścianę a współpasażerkę (pasażera, nie pamietam). Obok Pani w Szubie rozmawiała z Panią w Kożuchu i w pewnym momencie ich dyskusja zeszła na temperaturę. PwS stwierdziła odkrywczo, że jest mróz (owszem, z 5 stopni było). PwK zgodziła się uprzejmie, po czym zdemaskowała spisek wrażych meteorologicznych sił oznajmiając, że ‘od piątku’ ma być ‘minus dziesięć’. PwS zaniemówiła z wrażenia, ślina zamarzła jej w kącikach ust a szron osiadł na wąsach. a PwK pokiwała ze zrozumieniem głową, po czym obie zaczęły się rozwodzić co też ta pogoda wyprawia, kto za tym stoi i czyim interesom to służy.

Dziś czytam:

Kilkanaście tysięcy radomian pozbawionych było ciepłej wody i ogrzewania. W sylwestra pękły rury na osiedlach Południe i Michałów. Tak wielkiej awarii nie było w Radomiu od trzech lat, na razie nie wiadomo, co ją spowodowało. Obecnie trwa nawadnianie sieci i podgrzewanie wody. Skutki awarii szybko powinny zniknąć dziś po południu.

Wstyd mi za tych z Radomia, chciałoby się powiedzieć, ale czytam dalej:

Meteorolodzy ostrzegają, że Polska pozostaje pod wpływem mroźnego, arktycznego powietrza. Śniegu jeszcze przybędzie, a temperatury w nocy spadną nawet do 11 stopni poniżej zera. Pogoda nie sprzyja również kierowcom. Jezdnie są śliskie, a w wielu miejscach zalega błoto pośniegowe.

Przepraszam, ale ja czegoś tu nie rozumiem. Mi się zawsze wydawało, że w PL zimy są dość mroźne, śnieżne i ogólnie w dość drastyczny sposób różnią się od innych pór roku. Że - nie zaczyna się zdania od ‘że’ - jest to kraj, gdzie jeśli temperatura zleci do minus dzwudziestu, lub nasypie śniegu na pół metra, to nie jest to wcale nic wielkiego, trzeba się jeno cieplej ubrać i po krzyku.
Mam natomiast wrażenie, że mieszkańcy tego kraju zachowują się, jakby ich albo nagle przerzucono z Afryki i każda zima była pierwszą w ich życiu, lub jakby nagle Polska z miłej strefy równikowej wzięła kurs na Morze Barentsa. W grę wchodzi też jakaś ogólnonarodowa meteorologiczna zaćma, ale jakoś mi się nie chce wierzyć. Do tego, że zima nawet przychodząc w styczniu jest w stanie zaskoczyć drogowców przywykłem, do tego, że kogoś dziwi - 11 stopni w PL jakoś nie mogę. Gdyby taka temperatura zapanowała w Niderlandach, to oczywiście zima stulecia, stan wyjątkowy i Wilders sprawdzający, czy mróz nie jest muzułmaninem, ale dzieciaki miałyby radochę z jazdy na łyżwach po zamarzniętych kanałach, ale w PL????
————————–

Cudowne zjadłem śniadanko.
Zasadniczo staram się, żeby mi wieczorem tyle zapasów w domu zostało, żebym się rano nie musiał ruszyć do sklepu. Dziś jednak z premedytacją się ruszyłem. Spożyłem: 3 gotowane parówencje z 2 kromkami ziarnistego chleba, 2 kruasanty + szklanka kefiru, a na koniec dobiłem się kawą, zwykłą - bez żadnych świństw w stylu cukier, śmietanka, czy mleko, gdyż kawę, tak jak jeszcze kilka rzeczy, lubię czarną.

Miłego dnia.

piątek, 2 stycznia 2009

Yo! Wazzup my bitches!?

Dzieńdobrywieczór w nowym roku, 2009 o ile ktoś się kiedyś nie rymnął w obliczeniach.

Sylwester się udał. Do grona znajomych dołączyły nowe osoby, czyli Jednorożec, Norka, Valmy, Zofia oraz Guinness, tzn. Guinnessa już znałem wcześniej, ale dopiero teraz sobie pogadaliśmy.
Było dużo radości, jak np. wtedy, gdy Valmy zaczął rozprawiać o jakimś zwierzęciu hodowlanym, które specjalnie się kastruje, żeby było wydajniejsze (lepsze do utuczenia). Tu powołał się na przykład kota, który “jak wiecie robi się duży i tłusty po obcięciu jaj….” orację przerwała jednak Norka wchodząc mu w słowo “widzę, że ty swoje jeszcze zachowałeś”. To fakt, Valmy jest dość drobny:)
Było smacznie i różnorodnie. Spotkanie było u Francuzów, więc było kilka typowo francuskich potraw - patrz pamiatki - oraz trunków. Muszę Wam powiedzieć, że dyskusja z Francuzem o winach jest czymś niesamowitym. Poza tym, było widać, że był zadowolony z mojego zainteresowania historią Francji oraz tym, że nie byłem w tej materii totalnym ignorantem.
Był moment dramatyczny, tzn wtedy, gdy po obejrzeniu fajerwerków mieliśmy opuszczać taras, oczyściłem glany ze śniegu, i z aparatem w jednej ręce i czymś jeszcze w drugiej ruszyłem zrobiłem krok na schody po czym mgnieniu oka znalazłem się na dole. Podobno wszyscy którzy obserwowali z góry mój lot odetchnęli z ulgą widząc, że się podnoszę po czymś takim o własnych siłach. Cóż, jeśli ktoś liczył na koniec Kallipygosa, to musi jeszcze poczekać. Żyję, plecy wyglądają jak po ostrym s/m, a noga jak po obiciu kijem, ale żyję. Miejsce, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę też doszło już do siebie. Mokre glany i lakierowane schody to ryzykowne połączenie.
Było naukowo, czyli dyskusja z Zofią o łacinie, grece i langue vivante.
Było po prostu przyjemnie: pomijając imprezę główną, mam na myśli leżakowanie i śniadanko u Jednorożca, z gospodarzem i Oliveirą.
Było ‘chemicznie’. gdyż Guinness ma coś takiego, co sprawia, że ‘ja’ ignoruje wszystkie negatywne cechy jego wyglądu a znajduje dużą przyjemność w rozmowie z nim i zastanawia się, czy miałoby chęć na coś więcej. Dziwne….
Co jeszcze? Mam dwie nowe pamiątki - muszle. W jednej mieszkał Armand a w drugiej Liliane, czyli pierwszy ślimak i pierwsza ostryga, jakie w swym życiu zjadłem.
Poza tym - Amsterdam wciąż śliczny. Moje miasto.

Na zakończenie: 2 stycznia 69 roku armia Germanii Inferior obwołała swego dowódcę, Aulusa Witeliusza, cesarzem, wprowadzając na scenę drugiego aktora roku czterech cesarzy.