środa, 14 stycznia 2009

Woensdagavond

Życie? - - -
Rozprężę szeroko ramiona,
nabiorę w płuca porannego wiewu,
W ziemię się skłonię błękitnemu niebu
I krzyknę, radośnie krzyknę:
- Jakie to szczęście, że krew jest czerwona!

Wyszedłem z IvKF. Dalej, na Krakowskim, na wysokości hotelu Bristol moją uwagę przyciągnęły dwie idące z przodu postaci. Sam nie wiem, czemu w pewnym momencie złapałem się na tym, że usilnie im się przyglądam, coraz bardziej ignorując mojego rozmówcę, który na szczęście miał skłonność do słowotoku. Osoba lewa była mężczyzną, prawa - nie byłem pewny, strój mógł sugerować dziewczynę, mógł delikatnego chłopaka. Szły przede mną (nami, lecz w tym momencie nie zwracałem już uwagi na mojego towarzysza) nieśpiesznym krokiem. Bez włączania migaczy, zmniejszając prędkość przy jednoczesnym wydłużeniu kroków, rozpocząłem manewr wyprzedzania. Mijaliśmy ich i moim oczom ukazało się dwóch chłopaków; dwie słodkie dwudziestki (choć nie założę się, że już tyle mieli), trzymające się za ręce, wpatrzone w siebie i zatopione w rozmowie. Wyprzedziliśmy ich, kątem oka widziałem jeszcze, jak skręcają w Miodową.
Było to parę godzin temu a mimo to, uśmiech wciąż mnie nie opuszcza, gdy o tym pomyślę. Niby nic wielkiego, dwóch młodych, bliskich sobie chłopaków, złączone ręce i rozumiejące się spojrzenia. Coś wspaniałego.
A gdy pomyślę o tych wszystkich mężczyznach bojących/wstydzących się dotknąć swego chłopaka na ulicy, nieafiszujących się….zresztą….po chuj o nich myśleć?
Kurczę, nie sądziłem, że bycie świadkiem chwili cudzego szczęścia wprawi mnie w tak fantastyczny nastrój*….

*oczywyście istnieje możliwość, że zwiększono mi dawki te środka, co to mi dosypują do wody.

Brak komentarzy: