Dziś w tramwaju. Jadę sobie nikomu nie wadząc. Wsiada gromada dzieci w wieku mocno szkolnym. Pech chciał, że podzbiór gromadki udasowił się za mną i, pomimo słuchawek, słyszałem rozmowę czyichś pociech. Dzieci o dziwo nie używały - jeszcze - wulgaryzmów, ale moje uszy zostały zgwałcone serią zdanżam, weszłem, wziąść, przyniesłem, poszłem, wzięłem, etc.
Zacząłem się zastanawiać, do jakiego wieku w PL trzeba się uczyć.
Otóż ustawa o systemie oświaty odróżnia obowiązek szkolny od obowiązku nauki (nie wiedziałem). I tak:
- Obowiązek szkolny dziecka rozpoczyna się z początkiem roku szkolnego w tym roku kalendarzowym, w którym dziecko kończy 7 lat oraz trwa do ukończenia gimnazjum, nie dłużej jednak niż do ukończenia 18 roku życia. (Rozdz. 2, art. 15, pkt. 2)
- Obowiązek szkolny spełnia się przez uczęszczanie do szkoły podstawowej i gimnazjum, publicznych albo niepublicznych. (Rozdz. 2, art. 16, pkt. 5)
- Po ukończeniu gimnazjum obowiązek nauki spełnia się:
1) przez uczęszczanie do publicznej lub niepublicznej szkoły ponadgimnazjalnej;
2) przez uczęszczanie na zajęcia realizowane w formach pozaszkolnych w placówkach publicznych i niepublicznych posiadających akredytację, o której mowa w art. 68b;
3) przez uczęszczanie na zajęcia realizowane w ramach działalności oświatowej prowadzonej przez osoby prawne lub fizyczne na podstawie art. 83a ust. 2, dla której osoby te uzyskały akredytację, o której mowa w art. 68b;
4) przez realizowanie, zgodnie z odrębnymi przepisami, przygotowania zawodowego u pracodawcy. (Rozdz. 2, art. 16, pkt. 5a)
Nie jestem pewny, co ja na ten temat myślę.
Z jednej strony wypadałoby, żeby obywatele coś jednak sobą reprezentowali, tzn. mówili płynnie i ładnie w języku ojczystym; porozumiewali się w języku obcym; byli kulturalni, mili; mieli swoje pasje, szerokie zainteresowania, studiowali za granicą, itp.
Z drugiej strony, biorąc pod uwagę ogólne schamienie społeczeństwa, szacunek i powagę, jakimi cieszy się zawód nauczyciela nasuwa się myśl, że może wypadałoby ograniczyć przymus szkolny do niezbędnego minimum. Czy nie wystarczyłoby, żeby obywatel był w stanie poprawnie się wysłowić, sformułować zdanie np. złożone; znał polszczyznę na tyle, żeby nie pakował wszędzie przecinka i zrozumiał, co mówi do niego osoba lepiej wykształcona, o ile nie używa słów dłuższych niż czterosylabowe; opanował tabliczkę mnożenia w zakresie 100; był zdolny do normalnego funkcjonowania w grupie ludzkiej (zwanej dalej społeczeństwem), tzn. pojął, że to nieładnie załatwiać swe naturalne potrzeby w bramie, wydzierać się na ulicy; zrozumiał, że zwykłe ‘dzień dobry’, ‘do widzenia’ pozytywnie wpływa na relacje międzyludzkie a sąsiada nie trzeba sztyletować, żeby wejść w posiadanie solniczki, bo można pożyczyć (solniczkę, nie sąsiada). Żeby po prostu nie przynosił wstydu rasie ludzkiej.
Obecnie, jeśli ktoś chce się uczyć, to będzie się uczył bez przymusu. Jeśli ktoś nie chce, to i przymus nie pomoże. Może zatem lepiej byłoby zakończyć obowiązek szkolny na gimnazjum? Ustawodawca i tak wykazał się przewidywaniem, gdyż umożliwił naukę w gimnazjum do 18 roku życia.
Nie widzę powodu, dla którego ktokolwiek - a zwłaszcza ja - miałby się za 1200 PLN użerać z 30to osobową grupą, w której 20 osób ma go w głębokim poważaniu, skoro mógłby pracować z dziesięcioma osobami, ale za to zainteresowanymi tym, co ma im do przekazania.
Chęć nauki w liceum pozostawiłbym już w gestii potencjalnego ucznia lub jego rodziców. Jasna sprawa, wypadałoby wtedy wprowadzić w liceach pewne reguły uniwersyteckie, np. jeśli uczeń wagaruje, nie zalicza przedmiotów, jest aspołeczny, to wylatuje na pysk, tak, jak obecnie student z uczelni. Nie byłoby cudownego wyciągania ocen takiemu delikwentowi, jakiś tam niepotrzebnych ocen ze sprawowania. Uczy się, jest miły - zostaje. Nie, to proszę zabierać dziecko i uczyć je w domu, jeśli wola.
Można się spodziewać, że takie postępowanie pchnęłoby wszystkich niezadowolonych do szkół prywatnych, gdzie za godziwą opłatą mogliby uzyskać maturę. Czysty zysk: nowe miejsca pracy dla nauczycieli - co najważniejsze, szkoły same ustalają czesne, więc mogłyby doić klientów według uznania. W szkołach publicznych pozostaliby natomiast tylko Ci, którzy uczyć się rzeczywiście chcą, co odciążyłoby nauczycieli; pracowaliby w miłej atmosferze, ich liczba by spadła, a co za tym idzie, być może wzrosłyby pensje.
Oczywiście możnaby zachęcać młodzież do dalszej nauki wskazując pozytywne aspekty bycia osobą wykształconą. Pomijam takie oczywistości, jak lepiej platna, ciekawsza praca, ale czyż aż się nie prosi, żeby wprowadzić cenzus wykształcenia w życie polityczne? Np. czynne prawo wyborcze dla osób z co najmniej maturą; bierne dla co najmniej magistrów. Funkcja ministerialna wyłącznie dla co najmniej doktora nauk z danej dziedziny.
Niby dlaczego głos, nie przymierzając, mój ma mieć takie samo znaczenie, jak głos dresiarza po 3 klasach podstawówki, a znowu dlaczego głos np. Leszka Balcerowicza czy Marka Safjana ma mieć taką samą wagę, jak mój?
Rzecz jasna, nie uwolniłoby nas to od chamstwa i głupoty (np. profesor Giertych), ale znacznie zagęściłoby sito, przez które taka Samoobrona już by się nie przecisnęła.
Zdaję sobie sprawę, że mój wpis jest cukierkowy, nie sięga sedna problemu, w ogóle nie skupia się na potencjalnych negatywach takiego rozwiązania, tylko zajmuje się tym, co mnie irytuje. Trudno, nigdzie nie deklarowałem, że mam zamiar uzdrowić polską oświatę. Niemniej, chciałbym zobaczyć, czy taki system by się sprawdził, a przynajmniej, przygotowawszy wcześniej różne smakołyki, piwo i wygodny fotel, być świadkiem dyskusji o jego wprowadzaniu.
Na koniec, w charakterze wisienki na torcie,
artykuł o wynikach próbnej matury.