wtorek, 3 lutego 2009
Macha chusteczką
Blog tu zostaje, ale nowe wpisy pojawiać się będą tylko na Cruxie. Wordpress mnie nie ogranicza tak, jak Blogger, a ja leniwy jestem i męczyć się nie mam ochoty.
Kreślę się,
Kallipygos
Zwiąż Mnie w Rasko
W poprzednią sobotę, po Milku, wylądowaliśmy w ramach afterparty w nowym Rasko. Nie byłem tam jeszcze i wypadu tam w sobotę nie planowałem, ale towarzystwo było miłe, a do tego pojawiła się sugestia, że będzie jeszcze milsze, więc w sumie czemu nie.
Lokal położony jest w urokliwym miejscu, między malowniczymi warsztatami samochodowymi (ew. dziuplami), zatem zaraz po wyjściu, gdyby okazało się, że Wam koła ukradli, będziecie mogli je po sąsiedzku odkupić. W nocy ulica wygląda cmentarno a drogę wskazuje martwy neon ‘felgi’ przy jednoczesnym braku neonu ‘pedały’ na Rasko. Tak na marginesie, czy ktoś jest mi w stanie wyjaśnić, dlaczego w PL homoknajpa musi znajdować się w rozpadającym się baraku, miejskim szalecie przerobionym na szalet z wyszynkiem, albo jakichś starych budach na obrzeżach miasta, pamiętających powstanie listopadowe?
Na temat nowego Rasko miałem niewiele informacji, a wśród nich na pierwsze miejsce wybijała się ta, jak to im podczas inauguracji zabrakło piwa i obsługa musiała zapierniczać do pobliskiego nocnego po puszkowe. Po prostu fantazja.
Myliłby się jednak ten i nie doceniał obsługi i kierownictwa, kto uważałby, że gorzej już być nie może.
Na początku było OK, tzn. szatnia większa niż w starym Rasko (szukajmy pozytywów). W środku - w I sali - już organizacyjna norma, czyli stoliki ustawione bez jakiejkolwiek myśli przewodniej, chyba, że komuś chodziło o kompletne uniemożliwienie klientom poruszania się po lokalu. Pod ścianą scena a na niej wydzierało się….no właśnie, co to, kurwa, było?! DragQueen?! Czy naprawdę w PL nie da się zobaczyć dobrej drag, tylko wszystkie sztuka w sztukę muszą być obleśnymi, łysymi, tłustymi facetami, którym brzuch przeszkadza w jednoznacznym stwierdzeniu, czy jeszcze mają chuja czy już nie?! Dodatkowo musi taka piękność być obowiązkowo odziana w hiper obcisłe błyszczące brokatowe wdzianko, spocić się jak świnia i wydzierać na całe gardło.
Walory muzyczno estetyczne były zatem tak silne, że postanowiliśmy z G. poratować się piwem. Uderzyliśmy zatem do sali lewej, gdzie szybko zaproponowano nam piwa małe, czyli 0,33, gdyż do dużych - ORKIESTRA! WERBLE! FANFARY! - zabrakło szklanek. Tak, moje dzieci, w pubie zabrakło półlitrowych naczyń, których przeznaczeniem jest bycie wypełnianymi gorzkawym, orzeźwiającym, kilku oktanowym napojem. Trzeba było zatem czekać, aż inni klienci łaskawie wysączą swój napój ( i mieć nadzieję, że nie będą chcieli dolewki), oddadzą szklanki, zostaną one umyte - a w międzyczasie nie przechwycone przez kogoś z obsługi, kto roznosi znajomym piwo poza kolejnością - i po 20 minutach ( a być może już po kwadransie) można było rozkoszować się zamówionym trunkiem. Następnym razem przyjdę z kuflem. Będzie mój własny, a poza tym na tyle ciężki, że będę mógł nim wywrzeć presję na ociągającą się realizacją zamówień obsługę.
Rasko, jak każdy szanujący się - ale nie klienta - lokal, zapewnia oprawę muzyczną. O dragqueen już było. Muzyka natomiast to stare, dobre pedalskie hity, puszczane tak głośno, żeby przypadkiem nie udało Wam się z nikim pogadać. Co z tego, że miejsca do tańczenia prawie nie ma, że na scenie siedzą jakieś cioty - to my! - więc tam też tańczyć się nie da, co tam: puśćmy muzykę tak głośno, żeby nie goście nie słyszeli własnych myśli. Przecież jeśli chcą pogadać, to mogą zostać w domu, a nie przyjść do lokalu. Ilość decybeli sprawia zatem, że trzeba się drzeć rozmówcy do ucha i właśnie tej bliskości zawdzięczam złapanie grypoanginy. Swoisty to paradoks, żeby zarazić się tym od exchłopaka własnego exmałżonka.
Jest Rasko jednak imprezownią gorącą, ale wynika to chyba z awarii sterowania ogrzewaniem, gdyż temperatura wewnątrz nie była w żaden sposób dostosowana do tej na zewnątrz - gorąco było niewyobrażalnie.
Jedynym plusem - poza towarzystwem, ale w tym akurat żadna zasługa Rasko, gdyż mieliśmy swoje - jest salka prawa, w założeniu kameralna do pogadania, z kulturalnymi miejscami do siedzenia.
Tyle o Rasko, bo i tak wyszło za dużo.
Po wyjściu z ww. miejsca, poprzez Dworzec Centralny, dotarliśmy na Pragie do ZwiążMnie. Tam też mnie jeszcze nie było, ale szalenie byłem ciekaw jak wygląda lokal gay friendly w mojej okolicy. Położenie spełnia wysokie normy gejowskiej estetyki - jest to stara kamienica, ale na Pradze o nową kamienicę trudno, więc nic nie poradzimy. Na dole miłe dziewczę poczęstowało nas hot dogami: 5 złotych sztuka a i tak gardło sobie podrzynam - takimi, od jakich rosną włosy na piersiach, wieprzowina dokładnie ogolona przez zmieleniem.
Sam lokal jest mniejszy niż Rasko, ale:
- towarzystwo miłe, zróżnicowane płciowo i orientacyjnie
- temperatura jest dostosowana, jest po prostu normalnie
- jest sala, w której można normalnie pogadać
- jest sala, gdzie ta się potańczyć bez ryzyka, że zdepcze się tych, którzy potańczyć nie chcą
- ochrona wprawdzie w typie troglodytów, cicha, nie narzucająca się, ale jednocześnie na tyle widoczna i uważająca, że nie ma ryzyka, że dojdzie do draki.
- ceny te same, co w Rasko, z tym, że wjazd jest płatny.
- nie brakuje szklanek
W sumie ZwiążMnie robi lepsze wrażenie, ale przecież muszą być też takie miejsca, jak Rasko, żeby było się na czym wyżyć i wylać nadmiar jadu nagromadzony w ciągu ciężkiego tygodnia.
poniedziałek, 2 lutego 2009
Serwus, Madonna!
Są na tym łez padole grupy ludzi, na które zawsze można liczyć, gdy człowiekowi jest smutno, lub gdy nie ma tematów na notkę. Dzięki nim uśmiech może w każdej chwili zagościć na Waszych twarzach, a ich działania dostarczą Wam wielu wdzięcznych tematów do blogowej grafomanii. Jedną z ww. grup stanowią Prawdziwi Polacy (TM) (=katolicy). Ich przygody, kłopoty i działalność potrafią urozmaicić każdy, najbardziej nawet nudny sezon ogórkowy. Najnowszym problemem - a problemy PP są zawsze ważkie - jest Madonna, a konkretnie jej koncert 15 sierpnia.
Data niby nieszczególna, ale - jak sugeruje w demaskatorskim artykule - p. Sankowski z Wyborczej, wybrana nieprzypadkowo.
Traf chciał, że 15 sierpnia (choć tak naprawdę 16) roku dwudziestego udało się Polakom pogonić Moskala. Jednak Polacy, którzy jako naród sami bez niczyjej pomocy nigdy do niczego nie doszli, zaraz po pogonieniu najeźdźcy stanęli i zaczęli się zastanawiać “Jak to? To my tak sami żeśmy ruskich załatwili? Bez wsparcia? Bez pomocy? To nikt nam w sukurs nie przyszedł a nam się udało?” Kłóciło się to z wyznawanym przez Polaków porządkiem świata, więc szybko doszli do wniosku, że to był cud, gdyż Matka Boska pomogła dzielnej polskiej armii (tak dzielnej, że nie poradziłaby sobie bez pomocy sił nadprzyrodzonych). Była to bez wątpienia prawda: Matka Boska Zielna sprawiła, że radzieccy dowódcy chodzi zjarani; Matka Boska Karmiąca odcięła Armii Konnej Budionnego aprowizację; Matka Boska Gromniczna spowodowała oberwanie chmury nad stanowiskami artylerii (działa grzęzły po osie) a Najświetsza Maria Panna była całym zamieszaniem tak Wniebowzięta, że w uniesieniu przeprowadziła udany manewr znad Wieprza, zwinęła ruskim flankę i zmusiła drani do odwrotu. Na pamiątkę tego faktu 15 sierpnia obchodzony jest Dzień Wojska Polskiego (Któremu-Pomagają-Bogowie).
Tego samego dnia katolicy, a więc także Prawdziwi Polacy (TM), obchodzą święto Matki Boskiej Zielnej. Święto to zostało ustanowione na pamiątkę Matki Boskiej jako Boginii Płodności i Urodzaju. Wtedy - teoretycznie - kończą się żniwa i od zamierzchłych czasów lud pogański dziękował wtedy swoim bogom za plony. Jak wiadomo, największa z monoteistycznych religii nigdy nie miała problemów z pogańskimi świetami, można rzecz, że się nimi wręcz żywi, a i Matek Boskich takie jest zatrzęsienie, że i dla Zielnej jeden dzień w roku udało się udało się zorganizować.
Z tych to właśnie ww. powodów redaktor Sankowski uważa, że może dojść do skandalu. Jak to bowiem możliwe, żeby taka satanistyczna małpa a na dodatek pedalska ikona profanowała święty dzień w papieskim mieście Warszawie na katolickim lotnisku na Bemowie. Przyznam się Wam, że już oczyma duszy widzę Madonnę, jak wraca zmęczona z palenia Koranów i profanowania świętych krów w hinduskiej dzielnicy, siada z litrowym pudłem lodów o smaku ekskomuniki, bierze do ręki kalendarz “święta polskie” i zaczyna go wertować w celu znalezienia takiego dnia na koncert, żeby Polaków pognębić.
Problem jest tylko taki, że poza tropiącym Sankowskim nikt tego skandalu jakoś nie wyczuwa. Ot, odezwało się kilku kretynów na Onecie, ale to akurat norma. Poza tym - nic. Ich Dziennik nic nie wymyślił, w Dzienniku tylko wzmianka o koncercie, na Onecie też bez ekscesów - cisza, jednym słowem.
Ja sobie zdaję sprawę, że prasa lubi emocje a nic tak nie podgrzewa emocji, jak konflikt światopoglądowy, ale radzę poleżeć krzyżem i poczekać, aż konflikt się pojawi. Chyba, że to właśnie p. Sankowskiemu Madonna 15 sierpnia przeszkadza, ale jeśli tak, to radzę wzorem Marka Jurka (lud odwrotnie) pomodlić się o deszcz: jeśli będzie dobra ulewa, to może koncert odwołają, a jeśli nie odwołają, to może się tam wszyscy potopią (jak koty).