sobota, 5 lipca 2008

To już nie jest 'złota rączka'....

Dziesięciu talibskich rebeliantów zginęło w wyniku wybuchu bomby, którą usiłowali podłożyć przy drodze na południu Afganistanu - poinformowała dziś afgańska policja.

Do eksplozji doszło w piątek wieczorem w okręgu Musa Kala w prowincji Helmand. Rejon ten jest bastionem talibów i handlarzy opium.

Associated Press zwraca uwagę na stosunkowo dużą liczbę ludzi, którzy zginęli od wybuchu tej jednej bomby. W ostatnich miesiącach talibowie zwiększyli rozmiar podkładanych przez siebie ładunków.

Nazwijcie to, jak chcecie: dobór naturalny, dopust boży, wypadek przy pracy. Niemniej, 10 fanatyków religijnych mniej. Czekam chwili, gdy polski episkopat zacznie podkładać bomby; rzecz jasna, z podobnym skutkiem.

czwartek, 3 lipca 2008

Krucjata

Dziś będzie znów o P. z poprzedniej notki.

P., jak wspomniałem jest bardzo religijny. Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy w miejscu pracy, był zachwycony słysząc, że jestem z Polski, bo "na pewno katolik". Kulturalnie acz stanowczo wyprowadziłem drania z błędu, że nie, nie katolik. Z miejsca padło pytanie "a w co wierzysz?". Miałem chęć odpowiedzieć, że wierzę iż pewnego dnia przybędzie po mnie rycerz na białym koniu, ale się wstrzymałem i odparłem, że w nic nie wierzę, ateusz i już.

Dni w pracy mijały, jeden muzułmanin zadał mi pytanie o mój stosunek do boga. Odpowiedziałem uprzejmie, że zawarłem z bogiem układ: ja toleruję jego obecność, on toleruje moją i staramy się nie przybywać w jednym miejscu w tym samym czasie.

Z biegiem czasu padały jeszcze inne pytania, m.in. czy moi rodzice są religijni, etc, etc, etc, niemniej spodziewałem się, że na tyle stanowczo wyjaśniłem kwestię swego "wyznania", że temat już więcej nie powróci.

Nadzieja matką wiecie kogo.

Przedwczoraj P. zapytał mnie, czy dobrze czytam po angielsku, bo ma jedną książkę, którą chciałby mi pokazać. Nabrałem podejrzeń, z ciekawością czekałem dnia dzisiejszego.
W trakcie przerwy obiadowej podchodzi do mnie P. z plikiem jakichś cienkich książeczek, podsuwa mi jedną i mówi, że to książka jednego pastora o biblii. Widząc w moich oczach ogniki zdrowego rozsądku, pyta, czy mam biblię w domu. Odpowiadam, że tak, że owszem.....moi rodzice mają. P. wyraźnie zawiedziony mówi, że chciałby, żebym przejrzał tę książkę, bo ona jest o bogu....Tu wpadam mu w zdanie i mówię, że pracujemy razem i lubię go, ale dyskusji na temat boga prowadził nie będę. On prosi jednak, żebym książkę wziął i przejrzał. Mówię, że mogę wziąć, ale nie obiecuję, że przeczytam. Tu zostałem zaskoczony, gdyż zdegustowany P. odparł, że jeśli mam jej nie czytać, to on da ją komuś innemu. No to daj komuś innemu. Pomilczał chwilę i mówi do mnie, że właśnie wrócił z krucjaty, z chrześcijańskiej krucjaty, jak zaznaczył. W tym momencie byłem pewny, że za chwilę z okrzykiem "bóg tak chce!" na ustach jednym ciosem czegoś, co akurat będzie miał pod ręką, rozpłata mi głowę. Nic takiego jednak nie nastąpiło, za to otworzył tę nieszczęsną broszurę i pokazuje mi zdjęcie jakiegoś gościa, mówi, że to pastor i że właśnie wrócił z jego wystąpienia (=krucjaty) z Londynu. Splendid! Podzielił się ze mną wrażeniami z Londynu, ale widząc, że nie podzielam jego zainteresowania a raczej zastanawiam się, czy nie powinienem już zakończyć przerwy obiadowej, poszedł rozpowszechniać swe książeczki wśród znacznie bardziej religijnych pracowników pochodzących z Afryki.

środa, 2 lipca 2008

The Sodom & Gomorrah Show

Sytuacja ta miała miejsce już jakiś czas temu, ale stwierdziłem, że jednak ją opiszę.

Pracuje ze mną obywatel Ghany - P.. Religijny jak diabli, na dodatek na najgorszym możliwym poziomie: biblię traktuje w charakterze źródła historycznego, w którym przytoczone fakty nie podlegają dyskusji, a dodatkowo totalny gospel, czyli proste pieśni o tym, jaki bóg jest wielki i wspaniały a ludzie są jego dziećmi.

Któregoś dnia siedzę w kantynie, przychodzi P. Siada ze swoim rodakiem i zaczynają dyskusję na temat "faceta w ciąży". Z tego tematu płynnie przechodzą na gejów i ich niemożność posiadania dzieci. Ja siedzę z boku i czekam, jak się dyskusja rozwinie. Wtrąca się ich rodaczka, że bycie homo jest od człowieka niezależne a niemożność nieposiadania dzieci nie dyskwalifikuje osób homo jako członków społeczeństwa. Kolega P., niezrażony krytyką ze strobny koleżanki, powołuje się na biblię i "mające oparcie w źródłach" zniszczenie Sodomy i Gomory. Nie wytrzymałem. Wstaję, podchodzę do dyskutantów i mówię: Drogi P., z moim chłopakiem próbujemy mieć dziecko, próbujemy co wieczór. Na razie nam się nie udaje, ale jest cholernie przyjemnie. Nie odpowiedzieli nic, ja wyszedłem z kantyny. Od tamtego momentu nie padł przy mnie żaden tekst na temat homoseksualizmu.

II miejsce

II miejsce w kategorii "Heteroseksualny mężczyzna, który potrafi zadać innemu mężczyźnie pytanie: czy masz chłopaka?" zajął Michel!

Rozmowa w kantynie. (J)a i (M)ichel.

M. - Jak tam wakacje?
J. - Fajnie, tylko krótko.
M. - Gdzie mieszkałeś w Polsce?
J. - W Warszawie.
M. - Zatrzymałeś się u rodziny?
J. - Tak.
M. - Twoja dziewczyna jest Polką?
J. - Nie.
M. - O! Więc jest Niderlandką?
J. - Nie.
M. - Nie interesują cię dziewczyny?
Kręcę głową, że nie interesują, ale widać kręcę źle, bo mój interlokutor pyta:
M. - Czyli lubisz dziewczyny?
Kręcę głową, że w 'tym sensie' nie lubię; teraz zrozumiał, gdyż mówi:
M. - Przepraszam....
J. - Nie masz za co przepraszać, po prostu nie interesują mnie i już:)
M. - No tak, ale.... Czy to jest "trudne" w Polsce?
J. - W niektórych miejscach bardziej niż w innych, czasem trzeba po prostu być....
M. - ....ostrożnym....
J. - Tak, zgadza się.
O czymś tam jeszcze pogadaliśmy, po czym trzeba było wracać do pracy. W sumie miło było trafić na heteryka, który nie zakłada z miejsca, że jeśli facet nie ma dziewczyny, to misi być singlem.

Wstępniak

Jeśli ktoś jest zainteresowany wcześniejszymi notkami, to zapraszam tu.