Według "Drugiego Zwoju Wena Wiecznie Zaskoczonego", Wen wyszedł z jaskini, gdzie doznał oświecenia, w światło pierwszego dnia reszty swojego życia. Przez pewien czas spoglądał na wschodzące słońce, albowiem nigdy go jeszcze nie widział.
Od paru dni tak właśnie mam. Każdy jest nowy, każdy niesie ze sobą coś nowego i chociaż nie są cukierkowe, to podchodzę do nich tak spokojnie, że zaczynam podejrzewać, że ktoś mi dosypuje czegoś do wody.
Weźmy wczoraj.
Obudziłem się w mieszkaniu rodziców (co akurat nie jest aż tak dziwne, gdyż właśnie tam zasnąłem). Wypluskałem się. Zjadłem. Siedziałem u nich zadowolony do 13 z jakimś tam okładem. Od 15 byłem w BUWie ze Stworzeniem i łaciną. Stworzenie wytrzymało z łaciną 3 godziny a ze mną cztery (nie wiem, co gorsze) i choć pod koniec było już lekko padnięte, to stwierdziło, że rozumie więcej. Jeśli tak jest faktycznie, to jestem heel tevreden. Potem wylądowałem w kawiarni z Darquiem i, choć zaczynała mi się już migrena, to jednak w miarę przytomnie (z mojej strony) pogadaliśmy o otaczającym nas świecie; celibacie, który dopadł jednego z nas; wymaganiach; o tym, jacy mężczyźni są potworni, różnicy wieku, etc. Nawet narastający ból głowy traktowałem tak samo, jak brat Soto swoje włosy, czyli jako oddzielną istotę, która przypadkiem żyje na jego głowie*. Potem był wspólny spacerek a na koniec wylądowałem w tramwaju. Na kilku oszołomów wrzeszczących o swoim ulubionym klubie piłkarskim patrzyłem bezpieczny po drugiej stronie przepaści intelektualnej, która nas dzieliła. Nawet, gdy kilku roślejszych panów zaczęło się z nimi przekomarzać twierdząc, że nie każdy chce ich wrzasków słuchać, jedyna myśl na jaką mój mózg się zdobył to ta, że wojna jest higieną cywilizacji (a że z wojnami ostatnio u nas krucho, więc cywilizacja musi sobie radzić sama). Zaczęli się lać, ale niestety/stety obyło się bez ofiar.
Dotarłem do domu, Rhabdo zapodała mi dwa prochy na głowę, które w połączeniu z treścią maila, którego w skrzynce znalazłem, zadziałały tak, że kładłem się spać zadowolony z życia.
Weźmy początek dzisiaj.
Budzik zadzwonił o 5.45. Zrobiłem mu snooze i leżałem w błogim półśnie. Wiedziałem, że muszę wstać, ale rozkoszowałem się każdą chwilą, którą jeszcze wyrywam. Do pełni szczęścia brakowało tylko jego. Zrobiłem snooze drugi raz i po 10 minutach wstałem zadowolony. Pojechałem na UW. Okazało się, że zajęcia odwołane. W ogóle nie poruszony złośliwością prowadzącej odwołującej wyszedłem; na ulicy wpadłem na Lisa, a raczej zostałem przez Lisa schwytany. Potem pomaszerowałem do Zamkowego, gdzie zapakowałem się do tramwaju i wylądowałem w domu. Happy.
Naprawdę, coś jest inaczej i nie wiem co. I nie wiem, jak długo mi się to utrzyma.
Miłego dnia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz