piątek, 29 sierpnia 2008

Zdrajca z waćpana! Judasz!

Zeszło już ze mnie piwo, a bezwarunkowa miłość do świata będąca wynikiem seksualnego spełnienia, jakie było dziś moim udziałem, ustapiła miejsca wrodzonej złośliwości, postanowiłem zatem odnieść się do pewnego wpisu na Wyborczej. Otóż w natloku artykułów emigracyjnych zaserwowano nam dziś informację o tym, jak to londyńska emigracja się (nie)integruje. Przyznam się, w Londynie nie byłem (choć świadom jestem, że takie miasto istnieje). Na krótko, nie powiem, mógłbym wpaść, ale na krótko, bo tam za dużo Polaków. Do rzeczy. Zainteresowały mnie dwa fragmenty.

- Dlaczego nie słyszałem o wynajmowaniu pokojów rodakom w domach Polaków mieszkających od dawna. Przecież większość z nas jest zmuszona wynajmować lokum w domach obcych nam kulturowo narodowości. Jak ma ta integracja postępować, skoro ja mam wrażenie, że starsze pokolenie się nas wstydzi i nie chce mieć z nami nic wspólnego - mówi z pretensją w głosie 25-letni Waldemar Prusak.

Szczerze powiedziawszy, nie uważam się za starsze pokolenie (ale już niedługo:)), ale czasem widzę/słyszę, jak zachowują się polscy turyści/emigranci, to ja się Was wstydzę. I byłbym wdzięczny za nie rzucanie na szalę argumentów, że inne nacje też nie są doskonałe, bo mam wrażenie, że np Szwedzi (choć ich języka nie rozumiem, a polski wciąż tak) mają inne niż Polacy poglądy na temat “Arabusów, pedałów, czarnuchów, etc”. Poza tym, do jakichś tam związków z Polską się - jeszcze - poczuwam, dlatego też się czepiam.

Mieszkanie od Polaka wynająłbym w ostateczności, czystej desperacji i pozbawiony kompletnie dachu nad głową, chyba, żeby była to osoba, którą znałem już wcześniej, lub polecona mi przez kogoś z moich znajomych.

Mieszkanie Polakowi wynająłbym w podobnej sytuacji, choć akurat tego pewny nie jestem.

- Moja rodzina wychowała mnie w duchu patriotycznym i bardzo chętnie zamieszkałbym ze starszym Polakiem, który pewnie dużo miałby mi do przekazania i opowiedzenia. Niestety, takiej okazji nie miałem - dodaje.

W mojej rodzinie, aczkolwiek nie kładziono mi łopatą do głowy patriotycznych morałów, ale uczono mnie, że ojczyznę kochać trzeba i szanować. Dopóki ta ojczyzna pozostawała jakimś takim dalekim bytem (jako dziecko tak to widziałem), to była kochana, tak jak kocha się ciotkę z Ameryki, bo w końcu rodzina. W momencie, kiedy ojczyzna jakoś tak zaczęła pchać się w moje życie drzwiami i oknami, nie pozwalając mi żyć po swojemu, zaglądając pod kołdrę, mnożąc kolejne zakazy/nakazy, ale niewiele dając w zamian (już słyszę patriotyczny skowyt “wykształciłeś się za darmo, skurwysynu!”. Owszem, wykształciłem, ale dla mnie - może dziwny jestem - ważna jest też możliwość życia tak, jak mi się podoba, sypiania z tym, kogo się kocha, przekazywania podatków na ważniejsze cele niż 259 kościół na naszym osiedlu, etc. Właśnie dlatego mam teraz taki zgryz) wychowanie patriotyczne rozpadło się w starciu ze zdrowym rozsądkiem i dziką chęcią życia po swojemu po czym zostało zamiecione pod dywan.

Dlaczego nie integruję się z Polakami? Bo nie czuję takiej potrzeby. Bo nie chcę jadać w polskim barze, kupować w polskim sklepie, pić w polskiej knajpie, bawić się w polskim disco. Nie potrzebuję i już.

W Amsterdamie rodaków nie szukam; jeśli w pracy pojawi się jakiś, to przeważnie egzystuje on koło mnie nieświadom mojej narodowości do czasu, aż go ktoś oświeci. Zakładam, że wśród Polaków w Amsterdamie są jacyś wartościowi, jednak zysk z ich spotkania byłby niewspółmierny do strat, jakie może mi przynieść spotkanie z całą resztą, zatem traktuję ich z boską sprawiedliwością i ignoruję wszystkich.

Nie jest tak, że bym nie pomógł, ale miałbym mniejsze opory pomagając np. Rumunowi/Rosjaninowi/Hiszpanowi, niż Polakowi. Dlaczego? Bo Polacy już wielokrotnie dawali mi odczuć kim dla nich jestem, a tamci jeszcze nie. Oczywiście nie powinienem stosować odpowiedzialności zbiorowej, ale nie powinienem też jeść pizzy. Wracając do pomagania, to biada temu, kto wyskoczy do mnie z tekstem ‘no rodakowi nie pomożesz!?’. Droga, zwracająca się tak do mnie osobo, przypadek zrządził, że należymy urodzliśmy się z polskich rodziców (na bogów, na szczęscie nie tych samych), ale to, że ktoś się urodził w stajni, wcale nie czyni zeń konia.

Jeśli ktoś poczuł się urażony moim brakiem ciepłych uczuć względem Matki Ojczyzny, to….trudno. Proponuję owinąć się w biało-czerwoną flagę, posłuchać hymnu, lub coś w tym guście.

środa, 27 sierpnia 2008

Consierge II

Na początku nosiłem się z zamiarem napisania notki pod romantycznym tytułem Obedient Cocksucker o niewinnej i czystej miłości. Po wnikliwych konsultacjach z Panem Bogiem, Jezusem Chrystusem - jego synem, oraz ich enigmatycznym przyjacielem - Duchem Świętym, doszedłem do wniosku, że czyta mnie młodzież (a być może też księża) i nie mogę zatruwać ich niewinnych umysłów (to o młodzieży) i postanowiłem wrzucić nudny wpis o szukaniu chaty w Amsterdamie.

Kilka dni po powrocie z Polski poinformowano mnie, że do 20 lipca musze opuścić pokój. Zacząłem szukać, jednak sensownych ofert jest mało i 19 lipca wylądowałem u Oliveiry (któremu chciałem z tego miejsca podziękować za hodowanie przez 2 tygodnie na swoim łonie pasożyta). Szukanie nadal szło jak krew z nosa - ‘mamy pokój do wynajęcia, ale nie możesz korzystać z kuchni‘ - więc ok. 30 lipca w przypływie desperacji zamieściłem ogłoszenie na gayamsterdam.com. Mimo, że poprzednie lokum też znalazłem poprzez tę stronę, to jednak mam pewien opór przed dawaniem tam anonsów mieszkaniowych w obawie przed otrzymaniem odpowiedzi w stylu ‘Hello cute” albo “300 euro and blowjob twice a day”. Tym razem odpowiedź przyszła jedna i sensowna. Odezwał się do mnie 60-letni nicelatino, wypytał, kto jestem, czego szukam i za ile, spotkaliśmy się i po pół godzinie ustaliliśmy cenę, której wysokość nie naruszała mojej czci dziewiczej.
Mieszkanie mieści sie w bliskim sąsiedztwie Centraal Station - na przedłużeniu Zewnętrznej Orańskiej; jest to typowa amsterdamska kamienica (której mój concierge jest właścicielem). Mam pokój na pierwszym piętrze, tuż obok łazienkę, kuchnię oraz ciszę i świety spokój.
Właściciel, chociaż jest osobą gadatliwą, to jednak nie narzuca mi swej obecności i - odpukać, żyjemy jak na razie w pełnej zgodzie.
Tak więc po raz kolejny z pomocą przyszła mi branżowa strona. Szukającym pokoju w Amsterdamie radzę zatem także tam zaglądać (bez względu na Wasze preferencje seksualne).

Teraz zaś - wychodzę. Miało być kino, ale szykuje się rajd po sklepach. Czy zostaniemy diablami, jeśli ubierzemy się u Prady?