sobota, 25 października 2008

Piątkowy wieczór

Miałem się widzieć dziś z Rhabdopleurą. O 19ej. Przed szóstą zacząłem się więc robi na bóstwo. Nie mogłem wyglądać jak pierwszy lepszy, gdyż miała być obecna jej szanowna rodzicielka, która jest także moją niedoszłą teściową, wypadało zatem ubrać się ładnie i w sposób zmuszający do stawiania pytań. Pod koniec ubóstwiania zadzwoniła jednak Rhabdo z informacją, że ze spotkania nici. Trudno, zdarza się. W ten oto sposób zmaterializował się przede mną wolny piątkowy wieczór.

Zacząłem od wizyty na GR i przejrzenia profili osób, które właśnie były online. Nie szukałem randki, po prostu chciałem się zorientować, jak wyglądają polskie profile i jakie informacje można na nich znaleźć.
Otóż w większości przypadków g…. można znaleźć.
Wielu użytkowników portalu odznacza się totalnym extrawertyzmem i ich profile ociekają od informacji o tychże użytkownikach. Na przykład: Nie wiem co o sobie pisać, jeśli chcesz wiedzieć więcej - wyślij wiadomość. Prawie przewróciłem stół rzucając się do pisania wiadomości….
Inną ciekawostką są teksty w stylu: szukam konkretnych, nieprzegiętych, spoza środowiska. Cioty won! “Spoza środowiska” jest zagadnieniem na osobną notkę, więc na razie dam spokój. Co to znaczy, że ktoś jest konkretny nie wiem, ale musi to być coś extra. Nieprzegiętość oraz cioty won są natomiast polskim wkładem w kulturę gejowską. W Niderlandach nie spotkałem się nigdy z tekstem, że ktoś szuka nieprzegiętych. Owszem, można trafić na info szukam męskich, ale to określenie nie jest pejoratywne. Całkowitym nieporozumieniem jest jednak cioty won. Ja np nie lubię dresiarzy, ale nie napisałem sobie w profilu, że nie toleruję półdebili po 4 klasach podstawówki. Fakt, usunąłem sobie z profilu informację, że mówie po polsku, gdyż zaglądali do mnie Polacy mieszkający w Amsterdamie i nie byłem bardzo kontent z tych wizyt. Ciemniakiem, który przepełnił amforę, był robotnik budowlany. Z drugiej strony, może nie piszę o tym, że nie lubię dresiarzy, gdyż ich, poza polskimi, w Amsterdamie nie ma. Kolejny wkład Polaków, tym razem w kulturę europejską. Wracając do tematu, ja mam u siebie jedną informację dotyczącą potencjalnego partnera - ma być single.
Odezwałem się w sumie do dwóch młodzieńców. Pierwszy ujął mnie ciekawym opisem, drugi był jedyną osobą online - 9 stron użytkowników - która miała zarost, bardzo zresztą przyjemny.
Korzystając z okazji wymieniłem kilka wiadomości z moim Księciem i zdegustowany - nie Księciem a poziomem GR - zebrałem się na Starówkę.
Na Starym Mieście wykonałem swoją zwykłą trasę. Z Zamkowego dotarłem na Rynek Świętojańską, potem przez Bramę i Freta do Rynku Nowego Miasta, z Kościelnej w dół po drewnianych schodach do parku, przez park, wspiąłem się do Brzozowej, z niej znów na Rynek, Piekarska, Barbakan, Zamkowy, Krakowskie, do domu.
Kilka spostrzeżeń:
I. Kocham czuć kocie łby przez znoszone podeszwy trampek. Jeszcze zanim zacząłem czytać Pratchetta podobało mi się to uczucie. Nie mam tak, jak Vimes, że poprzez kształt bruku stopami wyczuwam, gdzie się znajduję, ale fajnie jest czuć ulicę, zarówno równy bruk na Piwnej, jak i pofalowany na Brzozowej.
II. Kilka obiektów, np kościół (nie wiem, pod cziym wezwaniem) przy drewnianych schodach, bardzo przyjemnie oświetlonych.
III. Kompletnie pusty park, jedynie szum drzew i szelest liści przerzucanych na trawniku przez wiatr; szelest, któy sprawiał, że kilka razy zdawało mi się, że ktoś całkiem blisko koło mnie człapie.
IV. Mało ludzi. Pogoda była całkiem dobra, choć trochę wiało, ale Stare Miasto było prawie puste. Nie, żeby mi to przeszkadzało, ale w Amsterdamie jest to nie do pomyślenia.

Do domu wracałem z de Gaulle’a. Wchodzę na przystanek, tam już kilka osób w tym jakiś długowłosy z kolegą. Długowłosy przygląda mi się, podchodzi i pyta….czy wiem, do czego służy przycisk na słupku z informacją komunikacyjną. Odparłem, że nie wiem, ale u nas w Amsterdamie jeśli się go naciśnie, to uzyskuje się informację, o której będzie następny tramwaj. Chłopcy zainteresowali się Amsterdamem; pytali oczywiście, czy dużo jaram; przeprosili za przeszkodzenie mi w słuchaniu muzyki; zapytali, czego słuchałem; pomylili Morrisseya (którego słuchałem) z Morrisonem (którego myśleli, że słuchałem) i poszli. Cały czas zwracali się do mnie per pan, chyba czas wycisnął na mnie swoje piętno. Swoją drogą, tak jakbym znał skądś tego długowłosego. Te oczy….. Tylko skąd?

Dobranoc.

środa, 22 października 2008

Rasko czyli witajcie w jazzclubie

Jak być może niektórzy z Was wiedzą od ante diem XV Kalendas Novembres przebywam na terenie prześwietnej Rzeczpospolitej. Niedługo po przyjeździe poprosiłem dr. Trettera o zaprowadzenie mnie do gay-clubu, gdyż chciałem, żeby mi pokazał, jak się bawią na Wschodzie. W warszawskim (polskim) homo-lokalu byłem do tej pory raz a było to jeszcze w świętej pamięci Paradise’ie. Wspomnienia dotyczą potwornie głośnej muzyki oraz siedzących przy barze homików, których spojrzenia wyrażały mniej więcej ‘kim jesteś i co tu robisz długowłose coś’. Dr Tretter zapytał, czy to ma być disco-błysko, czy też miejsce do pogadania. Odparłem, że do pogadania, gdyż faktycznie dawno ich nie widziałem, a poza tym, wspomnienie muzyki z Raju było wciąż zbyt silne. Prosiłem też, by był to lokal bez deur selectie, gdyż o ile na Amsterdam jestem wystarczająco cool, jezzy, git, spoko, etc. o tyle mogłoby się okazać, że w Warszawie mają tak wysokie standardy, że mógłbym gdzieś nie wejść. Padło na Rasko.
Przybyliśmy. Już od szatni dopadła nas muzyka. Tak, wiem, homiki są pozbawione gustu muzycznego i nawet w A’damie klnę w żywy kamień na branżowy repertuar, niemniej nie doceniłem rzeczywistości twierdząc, że gorzej już być nie może.
Po przekroczeniu drzwi oczom moim - reszta towarzystwa była już zorientowana - ukazał się lokalik wielkości może Prika, tylko bardziej kwadratowy. Na wprost drzwi duży ekran, na którym pojawiał się tekst pieśni aktualnie karaokowanej i jakieś stworzenie płci męskiej zajęte było właśnie niszczeniem własnych strun głosowych oraz moich uszu. Po lewej bar, na środku i pod ścianami stoliki, już dość gęsto obsadzone. Plus za wystrój.
Zamówiliśmy po piwie. Nie wiem, co to było - szklanki od Żywca - ale lepsze niż wszechobecny nad Amstelą Heineken.
Plus za piwo.
Padło pytanie ‘to do której te śpiewy?’ Odpowiedź nie była właściwa, gdyż brzmiała ‘do 21.30 chyba’ a była 20.30.
Posiedzieliśmy, pogadaliśmy - z przerwami i z trudem, gdyż karaoke trwało w najlepsze - i ulotniliśmy się w miarę szybko tzn. zanim śpiewy się zakończyły.
Minus za muzykę. Muzykę?!
Powiem tak, miejsce miłe, obsługa nie narzucająca się, ale też nie traktująca klientów z góry. Nie stwierdziłem też osób spod znaku ‘wyżej s*am niż dupę mam’. Muzyka, tzn potępieńcze wycia poniżj krytyki, ale, jak przed chwilą stwierdziła Pani od Czajnika - która zapomniała, że ma się z nami spotkać - karaoke jest wszędzie takie samo, czyli beznadziejne. Być to może, niemniej, kluby w Amsterdamie nie serwują tej atrakcji. (I całe szczęście).
Owszem, można stwierdzić, że to moja wina, gdyż mogłem zawczasu sprawdzić repertuar; niemniej, to ja tu oceniam.
P.S. Jeszcze jeden minus, nie konkretnie dla Rasko, ale tym razem monstrualny - yes, size does matter - kompletny, totalny i całkowity brak czarnoskórych.
A’propos czarnoskórych, mój Książę się odezwał :*