W poprzednią sobotę, po Milku, wylądowaliśmy w ramach afterparty w nowym Rasko. Nie byłem tam jeszcze i wypadu tam w sobotę nie planowałem, ale towarzystwo było miłe, a do tego pojawiła się sugestia, że będzie jeszcze milsze, więc w sumie czemu nie.
Lokal położony jest w urokliwym miejscu, między malowniczymi warsztatami samochodowymi (ew. dziuplami), zatem zaraz po wyjściu, gdyby okazało się, że Wam koła ukradli, będziecie mogli je po sąsiedzku odkupić. W nocy ulica wygląda cmentarno a drogę wskazuje martwy neon ‘felgi’ przy jednoczesnym braku neonu ‘pedały’ na Rasko. Tak na marginesie, czy ktoś jest mi w stanie wyjaśnić, dlaczego w PL homoknajpa musi znajdować się w rozpadającym się baraku, miejskim szalecie przerobionym na szalet z wyszynkiem, albo jakichś starych budach na obrzeżach miasta, pamiętających powstanie listopadowe?
Na temat nowego Rasko miałem niewiele informacji, a wśród nich na pierwsze miejsce wybijała się ta, jak to im podczas inauguracji zabrakło piwa i obsługa musiała zapierniczać do pobliskiego nocnego po puszkowe. Po prostu fantazja.
Myliłby się jednak ten i nie doceniał obsługi i kierownictwa, kto uważałby, że gorzej już być nie może.
Na początku było OK, tzn. szatnia większa niż w starym Rasko (szukajmy pozytywów). W środku - w I sali - już organizacyjna norma, czyli stoliki ustawione bez jakiejkolwiek myśli przewodniej, chyba, że komuś chodziło o kompletne uniemożliwienie klientom poruszania się po lokalu. Pod ścianą scena a na niej wydzierało się….no właśnie, co to, kurwa, było?! DragQueen?! Czy naprawdę w PL nie da się zobaczyć dobrej drag, tylko wszystkie sztuka w sztukę muszą być obleśnymi, łysymi, tłustymi facetami, którym brzuch przeszkadza w jednoznacznym stwierdzeniu, czy jeszcze mają chuja czy już nie?! Dodatkowo musi taka piękność być obowiązkowo odziana w hiper obcisłe błyszczące brokatowe wdzianko, spocić się jak świnia i wydzierać na całe gardło.
Walory muzyczno estetyczne były zatem tak silne, że postanowiliśmy z G. poratować się piwem. Uderzyliśmy zatem do sali lewej, gdzie szybko zaproponowano nam piwa małe, czyli 0,33, gdyż do dużych - ORKIESTRA! WERBLE! FANFARY! - zabrakło szklanek. Tak, moje dzieci, w pubie zabrakło półlitrowych naczyń, których przeznaczeniem jest bycie wypełnianymi gorzkawym, orzeźwiającym, kilku oktanowym napojem. Trzeba było zatem czekać, aż inni klienci łaskawie wysączą swój napój ( i mieć nadzieję, że nie będą chcieli dolewki), oddadzą szklanki, zostaną one umyte - a w międzyczasie nie przechwycone przez kogoś z obsługi, kto roznosi znajomym piwo poza kolejnością - i po 20 minutach ( a być może już po kwadransie) można było rozkoszować się zamówionym trunkiem. Następnym razem przyjdę z kuflem. Będzie mój własny, a poza tym na tyle ciężki, że będę mógł nim wywrzeć presję na ociągającą się realizacją zamówień obsługę.
Rasko, jak każdy szanujący się - ale nie klienta - lokal, zapewnia oprawę muzyczną. O dragqueen już było. Muzyka natomiast to stare, dobre pedalskie hity, puszczane tak głośno, żeby przypadkiem nie udało Wam się z nikim pogadać. Co z tego, że miejsca do tańczenia prawie nie ma, że na scenie siedzą jakieś cioty - to my! - więc tam też tańczyć się nie da, co tam: puśćmy muzykę tak głośno, żeby nie goście nie słyszeli własnych myśli. Przecież jeśli chcą pogadać, to mogą zostać w domu, a nie przyjść do lokalu. Ilość decybeli sprawia zatem, że trzeba się drzeć rozmówcy do ucha i właśnie tej bliskości zawdzięczam złapanie grypoanginy. Swoisty to paradoks, żeby zarazić się tym od exchłopaka własnego exmałżonka.
Jest Rasko jednak imprezownią gorącą, ale wynika to chyba z awarii sterowania ogrzewaniem, gdyż temperatura wewnątrz nie była w żaden sposób dostosowana do tej na zewnątrz - gorąco było niewyobrażalnie.
Jedynym plusem - poza towarzystwem, ale w tym akurat żadna zasługa Rasko, gdyż mieliśmy swoje - jest salka prawa, w założeniu kameralna do pogadania, z kulturalnymi miejscami do siedzenia.
Tyle o Rasko, bo i tak wyszło za dużo.
Po wyjściu z ww. miejsca, poprzez Dworzec Centralny, dotarliśmy na Pragie do ZwiążMnie. Tam też mnie jeszcze nie było, ale szalenie byłem ciekaw jak wygląda lokal gay friendly w mojej okolicy. Położenie spełnia wysokie normy gejowskiej estetyki - jest to stara kamienica, ale na Pradze o nową kamienicę trudno, więc nic nie poradzimy. Na dole miłe dziewczę poczęstowało nas hot dogami: 5 złotych sztuka a i tak gardło sobie podrzynam - takimi, od jakich rosną włosy na piersiach, wieprzowina dokładnie ogolona przez zmieleniem.
Sam lokal jest mniejszy niż Rasko, ale:
- towarzystwo miłe, zróżnicowane płciowo i orientacyjnie
- temperatura jest dostosowana, jest po prostu normalnie
- jest sala, w której można normalnie pogadać
- jest sala, gdzie ta się potańczyć bez ryzyka, że zdepcze się tych, którzy potańczyć nie chcą
- ochrona wprawdzie w typie troglodytów, cicha, nie narzucająca się, ale jednocześnie na tyle widoczna i uważająca, że nie ma ryzyka, że dojdzie do draki.
- ceny te same, co w Rasko, z tym, że wjazd jest płatny.
- nie brakuje szklanek
W sumie ZwiążMnie robi lepsze wrażenie, ale przecież muszą być też takie miejsca, jak Rasko, żeby było się na czym wyżyć i wylać nadmiar jadu nagromadzony w ciągu ciężkiego tygodnia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz