sobota, 19 lipca 2008

No to z bogiem na Gay Pride

Wyczaiłem ciekawy artykuł. Źródło Gay.nl. Ludzie to mają problemy.

Chrześcijanie muszą unikać Gay Pride*

Na stronie Gazety Reformacyjnej pojawił się artykuł, w którym zaleca się chrześcijanom**, by nie szli na Gay Pride. Pomimo to, popłynie w tym roku po raz pierwszy łódź dla wierzących gejów i lesbijek.

Autor tego artykułu - pragnie pozostać anonimowy - uważa, że parada nie jest właściwym sposobem, by rozmawiać o homoseksualiźmie. Sam siebie określa jako 17-letniego wierzącego geja.

Jak sam mówi, walczy ze swoimi uczuciami i pomimo to może rozmawiać z bogiem; chciałby też podzielić się swymi doświadczeniami z innymi wierzącymi gejami. Pomimo tego, uważa, że mądrzej jest to robić poprzez, na przykład Tęczowe Forum.

Pokusy

Inicjatorzy chrześcijańskiej łodzi chcą poprzez swoją obecność zwrócić na siebie uwagę zarówno wierzącej jak i niewierzącej Holandii.

Autor tego fragmentu zgadza się, że obie grupy muszą zauważyć gejów wychowanych w religii***. Każdy człowiek odczuwa pociąg seksualny, jeden większy niż ktoś inny. Jeden potrafi sobie z tym radzić, inny nie. Zwłaszcza w obecnym “nasyconym sexem” społeczeństwie trudno jest wszystkie pokusy zwalczyć i zignorować. W trakcie Gay Pride spotykamy wiele pokus. Uczestnictwo w Paradzie oznacza, że dużo zobaczysz i doświadczysz wielu pokus. Wiele grzesznych myśli przejdzie przez głowę tego, który płynie a jest wierzący. Jak możesz się wtedy modlić “I nie wódź mnie na pokuszenie”?

Według niego nie można zrobić nic innego, niż po prostu nie pójść. Ponadto należy rozważyć swoje zachowanie względem boga. Co bowiem będzie, jeśli bóg powróci 2 sierpnia? “Czy Gay Pride jest właściwym miejscem, by spotkać się z bogiem? Między tymi wszystkimi prowokującymi, półnagimi mężczyznami i kobietami?****”

Godność

Autor kończy wyjaśnieniem, że chociaż otwarte mówienie o homoseksualizmie w chrześcijaństwie jest czymś właściwym, to musi się to odbywać w sposób godny. Wtedy bowiem czynimy siebie i chrześcijańską społeczność śmiesznymi. A tego bóg nigdy nie miał na myśli.

*w tym wypadku chodzi o Paradę na kanałach.
*’christen/christelijk’ oznacza ‘chrześcijanin/chrześcijański’. Czasem tłumaczę też jako ‘wierzący’.
***nie jestem w stanie oddać tego lepiej.
****tekst niczym z brata Numroda z “Pomniejszych Bóstw” Pratchett’a. Ciekawe, czy pojawiła się piana w kącikach ust a oddech stał się szybszy.

piątek, 18 lipca 2008

….schönheit wird bezahlt

Dziś melodia, która łazi za mną od kilku dni:



Idę na miasto.

czwartek, 17 lipca 2008

Małpa w czerwonym....

….czyli o modzie i zachowaniu.

Był okres mego żywota, w którym nosiłem się wyłącznie na czarno. Powody były dwa:
- w czarnym mi bardzo ładnie (Wychodź, kto nie wierzy!)
- rano nie było problemu typu “co ja dziś na siebie włożę?”. Po prostu czerń i już.

Jakiś czas temu wprowadziłem jednak reformę i podkolorowałem swą garderobę. Nie są to może wszystkie kolory tęczy, bo dla przykładu nie mam nic w püdrowym rüżu* , ale jest kolorowo. Poza kolorami zmienił się także fason tych ciuchów.
Jednymi z ciekawszych nabytków są dwie pary spodni skinny leg: jedne czerwone a drugie biało-czarno-szare, tzn. weź stare czarne jeansy wsadź je 48 godzin do wybielacza.

Ubrany w te spodnie praktycznie nie zwracam - w Amsterdamie - na siebie uwagi, tzn. zwracają ją na mnie uwagę ci, na których ja ją też z racji ich stroju zwracam.

Co innego w Warszawie.
Jeszcze przed wyjazdem Oliveira powiedział, że mogę mieć problem w Polsce, bo mam inne spojrzenie na to, jak facet powinien się ubierać. Stwierdziłem, że będzie dobrze, że przecież jeszcze w lutym byłem w Warszawie i problemów nie było. Nie było, bo inaczej się ubierałem**.

Do rzeczy.
Na Okęciu pojawiłem się w spodniach wybielonych, przylegających. Sensacji nie wzbudziłem. Do rodziców dotarłem samochodem.
Dnia drugiego miałem na sobie stare jeansy, też żadnych ekscesów.
Dnia trzeciego wybraliśmy się z rodzicielką na zakupy. Wystąpiłem w czerwonych porach, czarnym tiszercie (z jakimśtam nadrukiem), czarnej koszuli (rozpięta, rękawy podwinięte). Całości dopełniały trampki i torba na ramię. Rodzicielka stwierdziła “będzie cię widać”.
I chyba faktycznie było. Nie wiem, co jest dziwnego w facecie w czerwonych, opiętych spodniach, ale na ulicy ludzie się za nami oglądali a w komunikacji miejskiej witała nas nagła cisza, po której pojawiał się szmer szeptów. Ogólnie mężczyźni patrzyli się na mnie dziwnie, a płeć przeciwna coś tam pod nosem mruczała.
Wieczorem tegoż dnia postanowiłem wybrać się na spacer. Na sugestię rodzicielki, że “może lepiej byś nie brał tych czerwonych”, usłyszałem tekst ojca “a co jest złego w czerwonych spodniach? Ja też miałem”. Właśnie! Co złego w czerwonych! Tak na marginesie, to ojciec już po ślubie będąc z rodzicielką na wczasach tańczył z długowłosym Niemcem, a że jest to Niemiec, a nie Niemka dowiedział się, gdy już z nim tańczył. Ale to dawno, nieprawda i nie było mnie jeszcze na świecie.
Wziąłem czerwone. Pokręciłem się po centrum oraz Starówce. Nic się nie stało, choć wciąż byłem pod obserwacją.

Po kilku dniach noszenia rzecz normalnych (jak na moje możliwości) na spotkanie z Rhabdopleurą znów założyłem czerwonki. Żeby było mnie widać jeszcze bardziej tiszert też był czerwony. Z wrogością się nie spotkałem, komentarze i dziwne spojrzenia pozostały.

Ponadto moje spodnie spotkały się z komentarzami (od znajomych) w stylu: “spodziewałam się ciebie na czarno”, “no! w tych ci tyłek widać!” oraz “one są mało męskie”.

W sumie przez tydzień w Warszawie ubierałem się tak, jakbym był w Amsterdamie.

Z moich obserwacji:
- do facetów dotarło, że torba na ramię nie musi oznaczać pedała. (bo jeśli nie dotarło, to strasznie dużo homików widziałem).
- odnoszę wrażenie, że więcej facetów sięga po ciuchy, które pozwalają się zastanawiać, jaka jest ich orientacja (facetów nie ciuchów). I tu pojawia się zgrzyt, tzn. notka Oliveiry. Ja swoją częściowo pisałem wzoraj a dziś trafiłem na jego. Cóż, naprawdę trafiałem na chłopaków, którzy nie robią z siebie maczo na siłę. Kolorowi też byli. Może po prostu miałem szczęście, albo Oliveira pecha.

Teraz o zachowaniu.

Spotkałem się z W. Siedzieliśmy w knajpie w centrum, było b. miło. W pewnym momencie musnąłem jego twarz. W. osadził mnie tekstem “uważaj; tu jest Warszawa a nie Amsterdam”. W pierwszej chwili nie dotarło do mnie o co mu chodziło. Potem dotarło. Że Amsterdam mnie zmienił. Że to, co dla mnie jest tak naturalne, że robię to automatycznie***, tam wciąż normalne nie jest.
Przy którymś spotkaniu W. stwierdził, że widać po mnie, iż się męczę. Męczyłem się. Chciałem go wziąć za rękę, etc, ale wiedziałem, że on ma opory/obawy; jak sam stwierdził, może na wyrost i przesadzone. To, czy opory miał, było mniej ważne - też kiedyś miałem; ważniejszy był fakt, że jest coś, co je w nim wykształciło.

To tyle refleksji z pobytu w Warszawie. Przynajmniej na razie.

*to określenie zawdzięczamy dr Tretterowi.
**tzn. czarna skóra, czarne jeansy, czarne glany.
***tzn. nie mam oporu przed publicznym okazaniem drugiemu chłopakowi uczuć, a nie, że tak po prostu muskam po twarzy gości w pubach.

środa, 16 lipca 2008

Helemaal niets

Nie dzieje się kompletnie nic. Nudno. Cisza i spokój. Żadnych ciekawych przygód, anegdot, perypetii, etc. Za to od dwóch dni regularnie pod coś prawie wpadam. Najpierw była hulajnoga z jakimś brzdącem na pokładzie, potem był muskularny czarnoskóry gentleman z dreadami i gęstym zarostem, a na koniec samochód. Chyba najgorzej byłoby wpaść pod tę hulajnogę.

poniedziałek, 14 lipca 2008

Pastor na tańcach

Czas i miejsce akcji: sobotnie popołudnie u mnie w pracy.
Postaci dramatu: ja (J.), B. i P.

Coś tam robimy z B. Sformułowanie “coś tam robimy” jest odpowiednie, gdyż przy sobocie mało gości, więc, żeby nie być posądzonymi o obijanie się, dbamy o to, żeby nas było widać.

Rozmowa o jakichś bzdurach schodzi nagle na mój pobyt w Polsce.
B. - Miło spędziłeś czas w Polsce?
J. - Tak, owszem; pogoda była dobra.
B. - Widziałeś się z rodzicami?
J. - Tak; gdy jestem w Polsce to się u nich zatrzymuję.
B. - A czy będąc w Polsce byłeś może w dyskotece?
W tym momencie czuję, jak mój szatan stróż ciągnie mnie za nogawkę, więc, choć w dyskotece akurat nie byłem, rzucam:
J. - Tak, byłem. Czemu pytasz?
B. - Bo P. twierdzi, że jeśli ktoś chodzi na tańce, to nie może być dobrym katolikiem.
J. - (ze stoickim spokojem nie odrywając się od pracy) Na tyle, na ile się orientuję, biblia nie wspomina nic o dyskotekach. A co zdaniem P. jest złego w tańcach?
B. - (ze śmiechem) Świetny ten tekst o biblii, powiem mu to. On uważa, że człowiek powinien chodzić tylko do kościoła a potem spędzać czas z rodziną.
Po chwili pojawia się rzeczony P. i B. z miejsca refereuje mu moją wypowiedź.
P. - (śmiertelnie poważnie) No tak, tam nie ma nic o disco, ale biblia podciąga to pod amoralność. Tak samo, gdy pijesz, palisz….
J. - Gdy co palę?!
P. - No tytoń. Wiesz, to jest jak publiczne ‘obnażanie’ siebie i swojego partnera. Tak nie wolno.
Nie odpowiedziałem nic, bo w sumie nie bardzo miałem pomysł na ripostę na coś takiego, ale mam wrażenie, że P. jest najniebezpieczniejszą osobą, z jaką miałem okazję pracować. Na dobrą sprawę, jeśli on porówna mnie ze sobą, to ja jestem chodząca rozpusta i wyuzdanie i samym swoim istnieniem zaprzeczam temu, w co on wierzy.
P. poszedł a B. odzywa się nagle do mnie:
B. - Słuchaj, czy twój ojciec był wcześniej pastorem?
Zamurowało mnie. O, mamo! Kim? Pastorem? Jak pastorem? Czemu pastorem? Czy on naprawdę zadał mi to pytanie? Może mnie z kimś myli? Jaki pastor?
J. - (w ciężkim szoku) Skąd to pytanie?! I co masz na myśli mówiąc ‘wcześniej’?!
B. - No tak pomyślałem, skoro twoi rodzice są chrześcijanami….
J. - Owszem, są. Ale co z tego?! Ojciec jest maszynistą. Jest odpowiedzialny za ludzi, ale w trochę inny sposób.
B. - (z rozbrajającym uśmiechem) Kallipygos, jesteś szalony!
Ja jestem szalony? Ja?!
J. - Tak! Wiem! Ale świat byłby nudny bez takich świrów jak ja.
Poszliśmy na kawę.
Nie mam pojęcia, skąd mu się wziął ten pastor. Kiedyś chyba w felietonie Stommy wyczytałem, że w każdej rodzinie powinna być dama negocjowalnego afektu i ksiądz, ale o mojej rodzince pratycznie nie rozmawiamy; wie doskonale, że u mnie z religijnością na bakier, nie wiem. W sumie to chyba wolę jednak pytania B. niż moralność P.

niedziela, 13 lipca 2008

Pusta łódź na GayPride

News trochę stary, bo z 9 lipca, ale…. Źródło: Gay.nl

Łódź organizacji rozwojowej* Hivos popłynie 2 sierpnia podczas parady łodzi w trakcie Gay Pride w Amsterdamie. Na tej łodzi nie będzie żadnych gejów, lesbijek, nie będzie po prostu nikogo.

Hivos wypuści** pustą łodź, aby w ten sposób zwrócić uwagę na osoby homoseksualne w krajach rozwijających się, które nie mają możliwości swobodnego wyrażania*** swej orientacji seksualnej. Jest to co najmniej**** druga z dwóch ważnych łodzi. Wcześniej podano do wiadomości, że popłynie łódź chrześcijańska.

Oprócz rejsu pustą łodzią zamierzają członkowie tej organizacji rozdawać także ulotki na temat sytuacji homoseksualistów na świecie.

Według organizacji Hivosboot Gay Pride jest świętem “aby uczcić, że w Niderlandach możesz być sobą oraz okazywać swą orientację seksualną. Niestety, ta sytuacja wciąż nie jest na świecie normą”. Łódź ma to uświadomić oglądającym.

Homoseksualiści mogą wciąż w 7 krajach otrzymać karę śmierci. W 79 krajach obowiązuje kara więzienia za stosunki homoseksualne. Większość z tych krajów znajduje się w Afryce.
—————————————

Słowo od tłumacza:

*ontwikkelen = to develop/to educate
**dosłownie ‘zachowa’
***mówiąc wprost: zachowywania się równie swobodnie, jak heterycy.
****to oznacza, że ważnych łodzi może być więcej