sobota, 16 sierpnia 2008

Miałem kiedyś chlamydię….

….ale mi zdechła.

Gdy ja rozbijałem się w czerwcu po Polsce obnosząc swe gorące ciało po stołecznych ulicach, w Niderlandach przychodziła do mnie wciąż poczta (też tak macie, że nawet jak Was nie ma, to listy przychodzą? A rozumiem, nie przychodzą bo poczta gubi listy i kradnie paczki. Chytrze.)

Jednym z listów był ten z GGD Amsterdam, czyli amsterdamskiego Wydziału Medycyny i Zdrowia z zaproszeniem do testu na chlamydię. W liście było napisane, że chlamydia to choroba przenoszona drogą płciową, że dotyka przeważnie osób miedzy 16 a 29 rokiem życia, że jest łatwa w obsłudze, ale trzeba ją szybko wykryć, że jest to trudne, bo wszyscy deklarują, że oni tego oczywiście nie mają, nie badają się, a nieleczona może prowadzić do różnych świństw.
GGD zapewnia mi całkowitą anonimowość, aparaturę do testu dostarcza na swój koszt pocztą, ja się tylko muszę zalogować na ich stronie, obejrzeć filmik instruktażowy, przetestować się i odesłać to do nich na ich koszt, po czym poczekać na wynik.
Wróciłem do Niderlandów, ale o liście jakoś zapomniałem. Po dwóch tygodniach przyszedł kolejny. Podobny w formie, ale z adnotacja, że poprzedni uprzejmie zignorowałem.
Doszedłem do wniosku, że w sumie co mi szkodzi, zalogowałem się, zamówiłem zestaw do testu. Przyszedł po dwóch dniach.
Po dwóch tygodniach dostałem maila, że oni ciągle nie dostali ode mnie próbek (to było całkiem prawdopodobne, gdyż ztest leżał nieruszony na półce). Zmobilizowałem się, nabyłem plastikowy kubeczek (gdyż taki jest konieczny), obejrzałem instruktaż (co ciekawe inny jest dla Amsterdamu a inny dla Rotterdamu;)) i wykonałem test zgodnie z wymogami sztuki, po czym wysłałem go w zeszły czwartek.
Wczoraj dostałem maila, że wyniki mogę sprawdzić po zalogowaniu.
Loguję się lekko poddenerwowany, bo człowiek się zabezpiecza, ale….
Na stronie lakoniczna informacja:

Bij het onderzoek van jouw testmateriaal is GEEN chlamydia aangetoond.

Dat betekent dat je niet besmet bent met chlamydia. Dit is natuurlijk goed nieuws.

Podczas badania twojego materiału nie wykryto chlamydii.
To oznacza, że nie jesteś zainfekowany chlamydią. To jest oczywiście dobra wiadomość.

Czyli wszyscy zdrowi.
Mnie najbardziej zachwyca w tym wszystkim, że ten test zaproponowano mi bez proszenia się (co więcej, ponaglano mnie bym go wykonał), całkowicie na koszt państwa, beż żadnych dodatkowych dla mnie utrudnień. Komuś po prostu chodzi o to, żebyśmy zdrowi byli.

Patriotycznie (=święto, itp, itd, etc)

Z okazji Wyprawy Gruzińskiej, Święta Narodowo/Katolickiego oraz Tarczy Rakietowej (ew. tarczy dla rosyjskich rakiet) ballada.

Ballada o Kasjerze*

Mała poczta w małym mieście i na poczcie mała przerwa,
kasjer szybkę przymknął wreszcie, plik banknotów liczyć przerwał.
Rozrzucone dokumenty, w szkalce po herbacie denko
a on czujny, a on spięty, obserwuje swe okienko.
Wtem otworzył, w przód sie rzuca i zaprychał i zatupał,
I zakrzyknął co sił w płucach: ‘Kto powiedział: kasjer dupa?!’

A na poczcie cicho, pusto, drzemią paczki niewysłane,
pachnie barszczem i kapustą (bo garkuchnia jest przez ścianę),
w głębi jakiś pan łysawy adresuje list a bliżej
gość wbił w sufit wzrok kaprawy i pocztowy znaczek liże.
Jakiś facet paczki wtaszcza, brudno, zaduch, muchy, upał,
Nikt nie mówi nic a zwłaszcza nikt nie woła ‘kasjer dupa!’.

Kasjer krzyczał tak z pół roku, po okresie zaś półrocznym,
z urzędowym błyskiem w oku, wezwał go naczelnik poczty
i powiada zły okropnie: Co pan się kompromituje?
Nikt się aż do tego stopnia panem nie interesuje,
żeby w takim mieście małym, wołać wśród tych much, w upale,
wołać - choćby dla kawału: ‘Kasjer…prawda…i tak dalej’

I nasz kasjer krzyczeć przestał, rozleniwił się, rozziewał,
Lecz gdy w święta jest orkiestra on coś nadal podejrzewa.
Myśli, że ten tamburmajor regimentu strażackiego,
swą buławą wywijając, też przyczepia się do niego.
Gdy strażacka trwa parada i mosiężna trąbi grupa -
kasjerowi się podkłada pod rytm marsza: ‘Kassss-jer dupa’

Puenta zaś wierszyka tego w takich słowach się zawiera:
że znam cały kraj, co tego przypomina mi kasjera.
Mały kraj, co tak uważa z pokolenia w pokolenie,
Że ktoś ciągle go obraża, że ktoś wciąż go nie docenia.
Czasem ktoś mu prawdę kropnie: kraju mój, źle kombinujesz,
nikt się aż do tego stopnia tobą nie interesuje.
Skończ te siupy, bo cię wpiszą do Guinnessa czy Gallupa….

A kraj okno ‘TRACH!’ i dyszy: ‘Kto powiedział: Kasjer dupa?!’

*autor: Wojciech Młynarski

czwartek, 14 sierpnia 2008

а сколько ваше тело стоит?

Ta notka bedzie romantyczna; bedzie w niej sex - no prawie, będa pieniądze, a że w romantyzmie losy bohaterów poznajemy fragmentarycznie i niechronologicznie, więc….

….Zeszły tydzień w miejscu pracy. Jest u nas zwyczaj, ze raz w miesiącu są rozdzielane napiwki. Pieniądze z napiwków przysługują każdemu, gdyż kierownictwo wychodzi z założenia, że jeśli klient miał gest, to miał go nie tylko dlatego, że kelner był uroczym i uprzejmym cherubinkiem, ale także dlatego, że talerz był czysty a zupa nie była za słona. Na głowę przypada w miesiacu ok 160 euro (zależy od miesiąca); w opisywanym przypadku było to 130 euro (wakacje, mniej gości). Szedłem korytarzem. Cisza i spokój, dosownie nikogo. Wracam. U wejścia do room service leży plik banknotów. Oko kasiarza z miejsca dostrzega, że jest to 2×50+2+10, czyli dzisiejsza działka. Rozglądam się. Nikogo, tylko w room service siedzi jeden z kelnerów. Podnoszę forsę, wchodzę i mówię, że znalazłem. On się łapie za kieszeń (faktycznie pusta), zaczyna mi dziękować, mówi, jaki to ja jestem miły, że och, ach, etc. Pożegnałem się i poszedłem. Pieniądze musiały być jego, gdyż w tak krótki czasie nikt poza nim nie zdążyłby się pojawić, pieniędzy zgubić i zniknąć. Mnie zastanawia co innego. Otóż nie rozważałem, czy mam mu te pieniądze oddać, czy może zatrzymać. Po prostu podniosłem i podszedłem do niego. Ale wiedziałem, że to 130 euro - nie, żeby to była mała kwota, ale czy gdyby leżało 5 stów, to zachowałbym się tak samo? Sądzę, że tak. A 8 stów? A 1000? A 2000? Przecież to nie kradzież. Leży. Podnoszę. Wszyscy zdrowi.

….Marzec 2008, Soho. Poszedłem na piwo. Naprawdę, nie jakieś tam gay hunt, po prostu na piwo. Siedzę, sączę to, co mi tam jeszcze w szklance zostało. Przysiada się gentleman. Wiek ok 40, urody zwyczajnej. Przysiada się i zaczyna rozmowę w stylu: jak leci, skąd jesteś, co robisz w A’damie, czy pogoda ładna i czy ryby biorą. W pewnym momencie pada pytanie, czy nie miiałbym ochoty na coś więcej. Mówię zgodnie z prawdą, że nie. No może jednak? Twardo ‘nie’. W tym momencie mój rozmówca prosi, bym się nie obrażał, ale proponuje mi gratyfikację w wysokości 50 euro. Ja bynajmniej nie obrażony - w końcu zaproponował mi taką samą stawkę, jaką za godzinę pracy biorą dziewczęta stojace w oknach - odpowiadam, że naprawdę nic z tego: z pieniędzmi, czy bez pieniędzy przyszedłem tu na piwo, ewentualnie z kimś pogadać (jeśli się ktoś miły trafi). Mój towarzysz dziekuje mi zatem za rozmowę i znika w tłumie bywalców.
Tak samo, jak w poprzedniej sytuacji nie było rozważania w stylu “to tylko 50 euro, co on sobie myśli”, po prostu nie będzie sexu i już. Ale tu znów pojawia się pytanie. A gdyby stawka była od razu wyższa, to czy nie nabrałbym na sex ochoty? Jestem singlem, on proponuje, ja się zgadzam, godzina i po krzyku, dajmy na to, że 500 euro w kieszeni, wszyscy zadowoleni.