czwartek, 17 lipca 2008

Małpa w czerwonym....

….czyli o modzie i zachowaniu.

Był okres mego żywota, w którym nosiłem się wyłącznie na czarno. Powody były dwa:
- w czarnym mi bardzo ładnie (Wychodź, kto nie wierzy!)
- rano nie było problemu typu “co ja dziś na siebie włożę?”. Po prostu czerń i już.

Jakiś czas temu wprowadziłem jednak reformę i podkolorowałem swą garderobę. Nie są to może wszystkie kolory tęczy, bo dla przykładu nie mam nic w püdrowym rüżu* , ale jest kolorowo. Poza kolorami zmienił się także fason tych ciuchów.
Jednymi z ciekawszych nabytków są dwie pary spodni skinny leg: jedne czerwone a drugie biało-czarno-szare, tzn. weź stare czarne jeansy wsadź je 48 godzin do wybielacza.

Ubrany w te spodnie praktycznie nie zwracam - w Amsterdamie - na siebie uwagi, tzn. zwracają ją na mnie uwagę ci, na których ja ją też z racji ich stroju zwracam.

Co innego w Warszawie.
Jeszcze przed wyjazdem Oliveira powiedział, że mogę mieć problem w Polsce, bo mam inne spojrzenie na to, jak facet powinien się ubierać. Stwierdziłem, że będzie dobrze, że przecież jeszcze w lutym byłem w Warszawie i problemów nie było. Nie było, bo inaczej się ubierałem**.

Do rzeczy.
Na Okęciu pojawiłem się w spodniach wybielonych, przylegających. Sensacji nie wzbudziłem. Do rodziców dotarłem samochodem.
Dnia drugiego miałem na sobie stare jeansy, też żadnych ekscesów.
Dnia trzeciego wybraliśmy się z rodzicielką na zakupy. Wystąpiłem w czerwonych porach, czarnym tiszercie (z jakimśtam nadrukiem), czarnej koszuli (rozpięta, rękawy podwinięte). Całości dopełniały trampki i torba na ramię. Rodzicielka stwierdziła “będzie cię widać”.
I chyba faktycznie było. Nie wiem, co jest dziwnego w facecie w czerwonych, opiętych spodniach, ale na ulicy ludzie się za nami oglądali a w komunikacji miejskiej witała nas nagła cisza, po której pojawiał się szmer szeptów. Ogólnie mężczyźni patrzyli się na mnie dziwnie, a płeć przeciwna coś tam pod nosem mruczała.
Wieczorem tegoż dnia postanowiłem wybrać się na spacer. Na sugestię rodzicielki, że “może lepiej byś nie brał tych czerwonych”, usłyszałem tekst ojca “a co jest złego w czerwonych spodniach? Ja też miałem”. Właśnie! Co złego w czerwonych! Tak na marginesie, to ojciec już po ślubie będąc z rodzicielką na wczasach tańczył z długowłosym Niemcem, a że jest to Niemiec, a nie Niemka dowiedział się, gdy już z nim tańczył. Ale to dawno, nieprawda i nie było mnie jeszcze na świecie.
Wziąłem czerwone. Pokręciłem się po centrum oraz Starówce. Nic się nie stało, choć wciąż byłem pod obserwacją.

Po kilku dniach noszenia rzecz normalnych (jak na moje możliwości) na spotkanie z Rhabdopleurą znów założyłem czerwonki. Żeby było mnie widać jeszcze bardziej tiszert też był czerwony. Z wrogością się nie spotkałem, komentarze i dziwne spojrzenia pozostały.

Ponadto moje spodnie spotkały się z komentarzami (od znajomych) w stylu: “spodziewałam się ciebie na czarno”, “no! w tych ci tyłek widać!” oraz “one są mało męskie”.

W sumie przez tydzień w Warszawie ubierałem się tak, jakbym był w Amsterdamie.

Z moich obserwacji:
- do facetów dotarło, że torba na ramię nie musi oznaczać pedała. (bo jeśli nie dotarło, to strasznie dużo homików widziałem).
- odnoszę wrażenie, że więcej facetów sięga po ciuchy, które pozwalają się zastanawiać, jaka jest ich orientacja (facetów nie ciuchów). I tu pojawia się zgrzyt, tzn. notka Oliveiry. Ja swoją częściowo pisałem wzoraj a dziś trafiłem na jego. Cóż, naprawdę trafiałem na chłopaków, którzy nie robią z siebie maczo na siłę. Kolorowi też byli. Może po prostu miałem szczęście, albo Oliveira pecha.

Teraz o zachowaniu.

Spotkałem się z W. Siedzieliśmy w knajpie w centrum, było b. miło. W pewnym momencie musnąłem jego twarz. W. osadził mnie tekstem “uważaj; tu jest Warszawa a nie Amsterdam”. W pierwszej chwili nie dotarło do mnie o co mu chodziło. Potem dotarło. Że Amsterdam mnie zmienił. Że to, co dla mnie jest tak naturalne, że robię to automatycznie***, tam wciąż normalne nie jest.
Przy którymś spotkaniu W. stwierdził, że widać po mnie, iż się męczę. Męczyłem się. Chciałem go wziąć za rękę, etc, ale wiedziałem, że on ma opory/obawy; jak sam stwierdził, może na wyrost i przesadzone. To, czy opory miał, było mniej ważne - też kiedyś miałem; ważniejszy był fakt, że jest coś, co je w nim wykształciło.

To tyle refleksji z pobytu w Warszawie. Przynajmniej na razie.

*to określenie zawdzięczamy dr Tretterowi.
**tzn. czarna skóra, czarne jeansy, czarne glany.
***tzn. nie mam oporu przed publicznym okazaniem drugiemu chłopakowi uczuć, a nie, że tak po prostu muskam po twarzy gości w pubach.

Brak komentarzy: