poniedziałek, 14 lipca 2008

Pastor na tańcach

Czas i miejsce akcji: sobotnie popołudnie u mnie w pracy.
Postaci dramatu: ja (J.), B. i P.

Coś tam robimy z B. Sformułowanie “coś tam robimy” jest odpowiednie, gdyż przy sobocie mało gości, więc, żeby nie być posądzonymi o obijanie się, dbamy o to, żeby nas było widać.

Rozmowa o jakichś bzdurach schodzi nagle na mój pobyt w Polsce.
B. - Miło spędziłeś czas w Polsce?
J. - Tak, owszem; pogoda była dobra.
B. - Widziałeś się z rodzicami?
J. - Tak; gdy jestem w Polsce to się u nich zatrzymuję.
B. - A czy będąc w Polsce byłeś może w dyskotece?
W tym momencie czuję, jak mój szatan stróż ciągnie mnie za nogawkę, więc, choć w dyskotece akurat nie byłem, rzucam:
J. - Tak, byłem. Czemu pytasz?
B. - Bo P. twierdzi, że jeśli ktoś chodzi na tańce, to nie może być dobrym katolikiem.
J. - (ze stoickim spokojem nie odrywając się od pracy) Na tyle, na ile się orientuję, biblia nie wspomina nic o dyskotekach. A co zdaniem P. jest złego w tańcach?
B. - (ze śmiechem) Świetny ten tekst o biblii, powiem mu to. On uważa, że człowiek powinien chodzić tylko do kościoła a potem spędzać czas z rodziną.
Po chwili pojawia się rzeczony P. i B. z miejsca refereuje mu moją wypowiedź.
P. - (śmiertelnie poważnie) No tak, tam nie ma nic o disco, ale biblia podciąga to pod amoralność. Tak samo, gdy pijesz, palisz….
J. - Gdy co palę?!
P. - No tytoń. Wiesz, to jest jak publiczne ‘obnażanie’ siebie i swojego partnera. Tak nie wolno.
Nie odpowiedziałem nic, bo w sumie nie bardzo miałem pomysł na ripostę na coś takiego, ale mam wrażenie, że P. jest najniebezpieczniejszą osobą, z jaką miałem okazję pracować. Na dobrą sprawę, jeśli on porówna mnie ze sobą, to ja jestem chodząca rozpusta i wyuzdanie i samym swoim istnieniem zaprzeczam temu, w co on wierzy.
P. poszedł a B. odzywa się nagle do mnie:
B. - Słuchaj, czy twój ojciec był wcześniej pastorem?
Zamurowało mnie. O, mamo! Kim? Pastorem? Jak pastorem? Czemu pastorem? Czy on naprawdę zadał mi to pytanie? Może mnie z kimś myli? Jaki pastor?
J. - (w ciężkim szoku) Skąd to pytanie?! I co masz na myśli mówiąc ‘wcześniej’?!
B. - No tak pomyślałem, skoro twoi rodzice są chrześcijanami….
J. - Owszem, są. Ale co z tego?! Ojciec jest maszynistą. Jest odpowiedzialny za ludzi, ale w trochę inny sposób.
B. - (z rozbrajającym uśmiechem) Kallipygos, jesteś szalony!
Ja jestem szalony? Ja?!
J. - Tak! Wiem! Ale świat byłby nudny bez takich świrów jak ja.
Poszliśmy na kawę.
Nie mam pojęcia, skąd mu się wziął ten pastor. Kiedyś chyba w felietonie Stommy wyczytałem, że w każdej rodzinie powinna być dama negocjowalnego afektu i ksiądz, ale o mojej rodzince pratycznie nie rozmawiamy; wie doskonale, że u mnie z religijnością na bakier, nie wiem. W sumie to chyba wolę jednak pytania B. niż moralność P.

Brak komentarzy: