Dziś będzie znów o P. z poprzedniej notki.
P., jak wspomniałem jest bardzo religijny. Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy w miejscu pracy, był zachwycony słysząc, że jestem z Polski, bo "na pewno katolik". Kulturalnie acz stanowczo wyprowadziłem drania z błędu, że nie, nie katolik. Z miejsca padło pytanie "a w co wierzysz?". Miałem chęć odpowiedzieć, że wierzę iż pewnego dnia przybędzie po mnie rycerz na białym koniu, ale się wstrzymałem i odparłem, że w nic nie wierzę, ateusz i już.
Dni w pracy mijały, jeden muzułmanin zadał mi pytanie o mój stosunek do boga. Odpowiedziałem uprzejmie, że zawarłem z bogiem układ: ja toleruję jego obecność, on toleruje moją i staramy się nie przybywać w jednym miejscu w tym samym czasie.
Z biegiem czasu padały jeszcze inne pytania, m.in. czy moi rodzice są religijni, etc, etc, etc, niemniej spodziewałem się, że na tyle stanowczo wyjaśniłem kwestię swego "wyznania", że temat już więcej nie powróci.
Nadzieja matką wiecie kogo.
Przedwczoraj P. zapytał mnie, czy dobrze czytam po angielsku, bo ma jedną książkę, którą chciałby mi pokazać. Nabrałem podejrzeń, z ciekawością czekałem dnia dzisiejszego.
W trakcie przerwy obiadowej podchodzi do mnie P. z plikiem jakichś cienkich książeczek, podsuwa mi jedną i mówi, że to książka jednego pastora o biblii. Widząc w moich oczach ogniki zdrowego rozsądku, pyta, czy mam biblię w domu. Odpowiadam, że tak, że owszem.....moi rodzice mają. P. wyraźnie zawiedziony mówi, że chciałby, żebym przejrzał tę książkę, bo ona jest o bogu....Tu wpadam mu w zdanie i mówię, że pracujemy razem i lubię go, ale dyskusji na temat boga prowadził nie będę. On prosi jednak, żebym książkę wziął i przejrzał. Mówię, że mogę wziąć, ale nie obiecuję, że przeczytam. Tu zostałem zaskoczony, gdyż zdegustowany P. odparł, że jeśli mam jej nie czytać, to on da ją komuś innemu. No to daj komuś innemu. Pomilczał chwilę i mówi do mnie, że właśnie wrócił z krucjaty, z chrześcijańskiej krucjaty, jak zaznaczył. W tym momencie byłem pewny, że za chwilę z okrzykiem "bóg tak chce!" na ustach jednym ciosem czegoś, co akurat będzie miał pod ręką, rozpłata mi głowę. Nic takiego jednak nie nastąpiło, za to otworzył tę nieszczęsną broszurę i pokazuje mi zdjęcie jakiegoś gościa, mówi, że to pastor i że właśnie wrócił z jego wystąpienia (=krucjaty) z Londynu. Splendid! Podzielił się ze mną wrażeniami z Londynu, ale widząc, że nie podzielam jego zainteresowania a raczej zastanawiam się, czy nie powinienem już zakończyć przerwy obiadowej, poszedł rozpowszechniać swe książeczki wśród znacznie bardziej religijnych pracowników pochodzących z Afryki.
P., jak wspomniałem jest bardzo religijny. Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy w miejscu pracy, był zachwycony słysząc, że jestem z Polski, bo "na pewno katolik". Kulturalnie acz stanowczo wyprowadziłem drania z błędu, że nie, nie katolik. Z miejsca padło pytanie "a w co wierzysz?". Miałem chęć odpowiedzieć, że wierzę iż pewnego dnia przybędzie po mnie rycerz na białym koniu, ale się wstrzymałem i odparłem, że w nic nie wierzę, ateusz i już.
Dni w pracy mijały, jeden muzułmanin zadał mi pytanie o mój stosunek do boga. Odpowiedziałem uprzejmie, że zawarłem z bogiem układ: ja toleruję jego obecność, on toleruje moją i staramy się nie przybywać w jednym miejscu w tym samym czasie.
Z biegiem czasu padały jeszcze inne pytania, m.in. czy moi rodzice są religijni, etc, etc, etc, niemniej spodziewałem się, że na tyle stanowczo wyjaśniłem kwestię swego "wyznania", że temat już więcej nie powróci.
Nadzieja matką wiecie kogo.
Przedwczoraj P. zapytał mnie, czy dobrze czytam po angielsku, bo ma jedną książkę, którą chciałby mi pokazać. Nabrałem podejrzeń, z ciekawością czekałem dnia dzisiejszego.
W trakcie przerwy obiadowej podchodzi do mnie P. z plikiem jakichś cienkich książeczek, podsuwa mi jedną i mówi, że to książka jednego pastora o biblii. Widząc w moich oczach ogniki zdrowego rozsądku, pyta, czy mam biblię w domu. Odpowiadam, że tak, że owszem.....moi rodzice mają. P. wyraźnie zawiedziony mówi, że chciałby, żebym przejrzał tę książkę, bo ona jest o bogu....Tu wpadam mu w zdanie i mówię, że pracujemy razem i lubię go, ale dyskusji na temat boga prowadził nie będę. On prosi jednak, żebym książkę wziął i przejrzał. Mówię, że mogę wziąć, ale nie obiecuję, że przeczytam. Tu zostałem zaskoczony, gdyż zdegustowany P. odparł, że jeśli mam jej nie czytać, to on da ją komuś innemu. No to daj komuś innemu. Pomilczał chwilę i mówi do mnie, że właśnie wrócił z krucjaty, z chrześcijańskiej krucjaty, jak zaznaczył. W tym momencie byłem pewny, że za chwilę z okrzykiem "bóg tak chce!" na ustach jednym ciosem czegoś, co akurat będzie miał pod ręką, rozpłata mi głowę. Nic takiego jednak nie nastąpiło, za to otworzył tę nieszczęsną broszurę i pokazuje mi zdjęcie jakiegoś gościa, mówi, że to pastor i że właśnie wrócił z jego wystąpienia (=krucjaty) z Londynu. Splendid! Podzielił się ze mną wrażeniami z Londynu, ale widząc, że nie podzielam jego zainteresowania a raczej zastanawiam się, czy nie powinienem już zakończyć przerwy obiadowej, poszedł rozpowszechniać swe książeczki wśród znacznie bardziej religijnych pracowników pochodzących z Afryki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz