wtorek, 28 października 2008

Vanavond

W dniu dzisiejszym, tj. 27 października 2008 roku, dołączyłem do grona sławnych blogerów, bowiem pierwszy raz w życiu spotkałem się z moim czytelnikiem. Inaczej, spotkałem już osoby, które mnie czytają, ale zawsze było tak, że najpierw je spotykałem, a dopiero potem mnie czytały, teraz zaś było odwrotnie. Tak w ogóle, to zawsze mi się wydawało, że z czytelnikami to spotykają się blogerzy poruszający tematy ważkie, ja natomiast człowiek z gminu, prosty - czasem tak, że zęby bolą - i płytki niczym zlew, ze skłonnością do retrospekcji (człowiek, nie zlew) i nic nie wnoszących akademickich dyskusji…. W każdym razie się żeśmy spotkali, wytrzymali ze sobą ponad 4 godziny, zadaliśmy sobie wiele pytań subtelnych, skrytykowali otaczającą nas rzeczywistość, wypili po piwie, zjedli po kebabie i zaoszczędzili po 2 złocisze na szatni.
Mooi!
W sumie było to dla mnie nowe i bardzo ciekawe doświadczenie, gdyż pierwszy raz spotkałem się z kimś nie z portalu/czata/etc, tylko, jak się wyraził mój rozmówca, intelektualnie. Inaczej, zdarza mi się spotykać z ludźmi ot, tak, żeby pogadać, ale są to osoby, które w jakiś tam sposób skądś znam, np z PWGay. Z czytelnikiem - i to moim własnym, osobistym - był to mój pierwszy raz. I nie, nie bolało.

P.S. Oszczędność w szatni.
Wylądowaliśmy w Patrick’s Irish Pub. Nie podaję adresu, można sobie wygooglać. Wchodzimy. Miejsce wygląda przyjemnie, tzn. kamienno-drewniano, ludzi mało, fajne drewniane stoły, niestety z głośników dobiega “naaaaaaszeeeee reeeeendeeeee-wuuuuuu”. Niezrażeni oprawą muzyczną ruszamy w kierunku baru, gdy w miejscu osadza nas przyjemny głosik gestapowca “szatnia na kurteczki!”. Patrzymy, a tu naszej uwadze uszła szatnia, która została chytrze umiejscowiona po prawej stronie. Ki czort, szatnia w pubie, jeszcze płatna?! 2 złocisze poruszyły pokłady mojej złośliwości i zmobilizowały mnie do oporu w imię darmowego dysponowania własnym okryciem wierzchnim. Odzywam się więc do swego towarzysza, że nie wiem, jak on, ale ja jestem w stanie zapakować płaszcz do torebki. “A ja kurtkę do plecaka” pada odpowiedź. Spokojnie, jak na dystyngowanych gentlemenów przystało, zdjęliśmy jesionki, złożyliśmy i na oczach szatniarza, który za rzeczy pozostawione w szatni zapewne nie odpowiadał, zapakowaliśmy je do naszych bagaży po czym podążyliśmy do stolika. Pan wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale się nie odezwał. Gdy wychodziliśmy miałem chęć się kulturalnie pożegnać, niestety, garderobiany zniknął w odmętach szatni.

Być może niepotrzebnie robię aferę o 2 zeta, ale jest kilka rzeczy, które mnie w gastronomii irytują. Jedną z nich jest przekorna logika obsługi, w myśl której należy klienta obedrzeć ze wszystkiego, gdyż może więcej się nie pojawi. Ot, szczególny sposób zaskarbiania sobie lojalności. Tak, jak nie akceptuję doliczania napiwku do rachunku - to ja i tylko ja decyduję o tym, czy zostałem zaspokojony - tak nie godzę się z instalowaniem PŁATNEJ szatni w pubie. W dyskotece - żaden problem, rozumiem; w pubie - sorry Winetou.

Co do samego lokalu, to OK, ale ceny amsterdamskie a jakość obsługi wciąż polska, może z małym plusikiem.

Brak komentarzy: