piątek, 8 sierpnia 2008

Skucha

Było to w zeszłą sobotę po Gay Pride (relacja będzie - być może - gdy wyciągnę fotki od Oliveiry). Opuściliśmy paradę i udaliśmy się coś przekąsić. Po licznych perypetiach (=zmianach decyzji i walkach z zamkniętymi knajpami) wylądowaliśmy na hinduszczyznie na Spuistraat. Nie będę się rozwodził nad tym jak było - choć saag paneer podano nam doskonały - bo nie o tym ta notka. W każdym razie, syci i napojeni udaliśmy się w stronę dworca. Po drodze minęliśmy quasi-sexshop, w którym nabyłem coś, co dziś do kogoś wysłałem i byłbym wdzięczny za info, gdy już dotrze. Wyszliśmy i po przejściu kilkudziesięciu metrów coś nas zatrzymało. Otóż w dużym oknie sutereny stała dziewczyna; jedna z wielu amsterdamskich cór Koryntu. Blondynka, o ile dobrze pamietam, w pończochach i jakimś gorsecie. Gdybyśmy tam byli osobno, to kiwałaby na nas palcem, posyłała całusy i zachęcała to odwiedzenia jej na różne sposoby. Byliśmy tam jednak we dwóch, zatem twarz dziewczyny wyrażała dziwne uczucia. Z jednej strony delikatny uśmiech na ustach mówiący coś w stylu ‘widzę, chłopcy, że dobrze się bawicie’, a z drugiej oczy wyrażające coś na kształt całkowitego zrozumienia sytuacji w stylu ‘tak….pożytku to ja z was nie będę miała….’. Oczy całkowicie nie współgrały z tym uśmiechem: to było coś jak ‘no i zmarnowało się….’ Cóż, nie byliśmy w stanie pomóc. W sumie faktycznie, wzrok przyciagaliśmy a na pewno nie wyglądaliśmy na żądnych wrażeń hetero.

Brak komentarzy: