środa, 22 października 2008

Rasko czyli witajcie w jazzclubie

Jak być może niektórzy z Was wiedzą od ante diem XV Kalendas Novembres przebywam na terenie prześwietnej Rzeczpospolitej. Niedługo po przyjeździe poprosiłem dr. Trettera o zaprowadzenie mnie do gay-clubu, gdyż chciałem, żeby mi pokazał, jak się bawią na Wschodzie. W warszawskim (polskim) homo-lokalu byłem do tej pory raz a było to jeszcze w świętej pamięci Paradise’ie. Wspomnienia dotyczą potwornie głośnej muzyki oraz siedzących przy barze homików, których spojrzenia wyrażały mniej więcej ‘kim jesteś i co tu robisz długowłose coś’. Dr Tretter zapytał, czy to ma być disco-błysko, czy też miejsce do pogadania. Odparłem, że do pogadania, gdyż faktycznie dawno ich nie widziałem, a poza tym, wspomnienie muzyki z Raju było wciąż zbyt silne. Prosiłem też, by był to lokal bez deur selectie, gdyż o ile na Amsterdam jestem wystarczająco cool, jezzy, git, spoko, etc. o tyle mogłoby się okazać, że w Warszawie mają tak wysokie standardy, że mógłbym gdzieś nie wejść. Padło na Rasko.
Przybyliśmy. Już od szatni dopadła nas muzyka. Tak, wiem, homiki są pozbawione gustu muzycznego i nawet w A’damie klnę w żywy kamień na branżowy repertuar, niemniej nie doceniłem rzeczywistości twierdząc, że gorzej już być nie może.
Po przekroczeniu drzwi oczom moim - reszta towarzystwa była już zorientowana - ukazał się lokalik wielkości może Prika, tylko bardziej kwadratowy. Na wprost drzwi duży ekran, na którym pojawiał się tekst pieśni aktualnie karaokowanej i jakieś stworzenie płci męskiej zajęte było właśnie niszczeniem własnych strun głosowych oraz moich uszu. Po lewej bar, na środku i pod ścianami stoliki, już dość gęsto obsadzone. Plus za wystrój.
Zamówiliśmy po piwie. Nie wiem, co to było - szklanki od Żywca - ale lepsze niż wszechobecny nad Amstelą Heineken.
Plus za piwo.
Padło pytanie ‘to do której te śpiewy?’ Odpowiedź nie była właściwa, gdyż brzmiała ‘do 21.30 chyba’ a była 20.30.
Posiedzieliśmy, pogadaliśmy - z przerwami i z trudem, gdyż karaoke trwało w najlepsze - i ulotniliśmy się w miarę szybko tzn. zanim śpiewy się zakończyły.
Minus za muzykę. Muzykę?!
Powiem tak, miejsce miłe, obsługa nie narzucająca się, ale też nie traktująca klientów z góry. Nie stwierdziłem też osób spod znaku ‘wyżej s*am niż dupę mam’. Muzyka, tzn potępieńcze wycia poniżj krytyki, ale, jak przed chwilą stwierdziła Pani od Czajnika - która zapomniała, że ma się z nami spotkać - karaoke jest wszędzie takie samo, czyli beznadziejne. Być to może, niemniej, kluby w Amsterdamie nie serwują tej atrakcji. (I całe szczęście).
Owszem, można stwierdzić, że to moja wina, gdyż mogłem zawczasu sprawdzić repertuar; niemniej, to ja tu oceniam.
P.S. Jeszcze jeden minus, nie konkretnie dla Rasko, ale tym razem monstrualny - yes, size does matter - kompletny, totalny i całkowity brak czarnoskórych.
A’propos czarnoskórych, mój Książę się odezwał :*

Brak komentarzy: