Po naskrobaniu wczorajszej notki doszedłem do wniosku, że jakaś ona taka niedorobiona. Dodatkowo, pojawiły się pod nia komentarze, po których lekturze doszedłem do wniosku, że może warto temat pociagnąć. Zatem pociągam i zapraszam na update. UWAGA! Będzie nudno.
Na początku chciałbym rozwiać, jeśli takowe się pojawiły, wątpliwości, jakobym był przeciwny zwiazkom otwartym. Nie jestem. Wychodzę z założenia, że wszystko jest kwestią umowy między ludźmi. Jeśli więc pełnoletnie (ile by ich nie było), uwłasnowolnione, będące w pełni sił umysłowych układające się strony dochodzą do wniosku, że ich romantyczna relacja ma mieć formę monogamiczną/otwartą/wielokątną/S&M/niepotrzebne skreślić lub dopisać własne; jeśli wszystkie strony się na taką formę zgadzają, akceptują, spełniają się w niej, etc. to nic mi do tego. Tak, jak ja nie ingeruję w życie innych, tak nie chciałbym, żeby inni ingerowali w to, co ja w łóżku - a także poza nim - lubię. Jesteśmy dorośli.
W jednym z pierwszych Adamów był kiedyś artykuł pisany przez osobę nie przywiązującą większej wagi do wierności. Zadała ona pytanie ‘czym facet zasypiający co noc z innym chłopakiem jest gorszszy od tego, który co noc zasypia z tym samym’. Otóż nie jest on gorszy (ani lepszy). On ma po prostu inne potrzeby i inne formy ich zaspokajania. Te potrzeby nie muszą być moimi, jednak dopóki nie zamierza zaspokajać ich ze mną, nie mam z tym problemu. Tak samo ze związkiem otwartym: jeśli ktoś pragnie - na zdrowie. Ja nie potępiam, nie oceniam, nie mam nic przeciwko. Kropka.
Rzecz druga. Wyraziłem pogląd, że dla mnie związek otwarty polega na ewentualnym wykorzystaniu okazji, a nie na jej szukaniu. pojawiły sie głosy (słownie: jeden), że to chyba żadna różnica, skoro skutek jest ten sam.
Pomyślmy więc hipotetycznie. Załóżmy, że jestem w związku otwartym. Załóżmy teraz, że mają miejsce dwie sytuacje.
1. Idę na wspomnianą siłownię. W saunie spotykam innego amatora gorąca, który po zlustrowaniu mnie wzrokiem zaczyna się do mnie dobierać. Ja bronię mej czystości, on atakuje. Na atakach i obronie czas mija szybko.
2. Wieczór, nudzę się. Mój chłopak wyszedł/wyjechał na 3 miesiące/przygotowuje niedzielne kazanie/etc. Ponieważ się nudzę wchodzę na czata, po kwadransie wyrywam chętnego, spotykamy się, jest fajnie (taką miałbym nadzieję).
W obu przypadkach skutek mamy ten sam, ale doszliśmy do niego w inny sposób. W sytuacji pierwszej poszedłem na silownię ćwiczyć, ale wiatr historii przywiał na moją drogę ww. mężczyznę. Nie szedłem tam, żeby mieć seks, nie szukałem go (choć znalazłem). To jest dla mnie wykorzystanie okazji, która się akurat nadarzyła.
W sytuacji drugiej szukałem seksu, z premedytacją wszedłem na czata. Czyli to ja latałem za okazją, a nie ona znalazła.
Postaram się ukazać Wam tę różnicę na prostym przykładzie:
Mamy słówko τιμῷμι i słówko χρῡσῷ. Zarówno w jednym, jak i w drugim występuje ῳ, jednak w pierwszym przypadku jest wynikiem kontrakcji na styku α + οι, natomiast w drugim na styku ε + ῳ. Czyli rezultat niby ten sam, ale jednak inaczej do niego doszliśmy.
I znowu: jeśli układające się strony zgodziły się, że ich otwarty związek ma tak wyglądać - nic mi do tego. Ja się jednak na to nie piszę.
Tu muszę się jasno określić: trudno byłoby mi w takiej stuacji powiedzieć, że z kimś jestem.
Na zakończenie dodam, że choć w chwili obecnej nie widzę siebie w otwartym związku, to życie ma to do siebie, że np. za tydzień mogę spotkać kogoś, dla kogo na takie ustępstwo po głębszym namyśle będzie warto pójść. Każdy związek składa się z kompromisów. Na razie jednak - monogamia.
P.S. W komentarzach pojawiły się też głosy odnośnie mojej, powiedzmy, fascynacji czarnoskórymi mężczyznami. Cóż, nie wypieram się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz